W ofercie specjalnej Retbike istnieje możliwość uszycia odzieży motocyklowej według indywidualnych wymiarów klienta.
Dakar to bardzo popularny wśród motocyklistów cel podroży. Wiele osób koncentruje się jednak tylko na pokonaniu drogi do Dakaru i z powrotem. Nasza podróż wybiegła znacznie dalej niż trasa słynnego rajdu. Wystartowaliśmy w Barcelonie, bo zima była zbyt sroga żeby wyruszyć z Polski. Naszego gs`a (bmw 1200 gs) załadowaliśmy na ciężarówkę (koszt transportu 400 euro), a sami do Barcelony dotarliśmy samolotem. Dalszy plan podroży nie był do końca sprecyzowany. Wiedzieliśmy tylko, ze na pewno chcemy dotrzeć do Senegalu.
Pierwsze tygodnie spędziliśmy w Maroko gdzie zaskoczyły nas tamtejsze niskie temperatury. Czasem nawet strój motocyklowy RetBike`a okuty we wszystkie podpinki nie dawał sobie rady z zimnym wiatrem i niskimi temperaturami. Tak samo jak my nie dawaliśmy sobie rady z marokańską „gościnnością” która ujawniała się zazwyczaj w najmniej odpowiednich momentach zawsze mając na celu opróżnienie naszych kieszeni.
Prawdziwie afrykański klimat poczuliśmy dopiero w drodze do Agadiru i tam też zaczęły się nasze pierwsze poważne problemy z motorem. Coś było nie tak z elektryka, ponieważ akumulator zupełnie się rozładował. Na szczęście udało się odpalić motor z kabli, ale i tak postanowiliśmy kupić nowy akumulator przed przeprawą przez Saharę na której, jak się później okazało, trudno dostępna jest nawet benzyna, a co dopiero mechanik.
Pierwsze spotkanie z pustynią nie było łatwe. Wiatr przechylał motor i ciężko go było utrzymać podczas silniejszych podmuchów. Po drodze krajobraz zmieniał się na coraz bardziej surowy aż w końcu kamieniste bezdroża zamieniły się w piaszczyste wydmy. Gdzieniegdzie wydmy zachodziły na drogę i w jednym z takich miejsc piach podstawił nam nogę. Myśleliśmy że nie jest na tyle głęboki żeby nas powalić ale okazało się że nawet opony terenowe nie dały sobie z nim rady. Mała wywrotka skończyła się przymusowym dwudniowym postojem w pustynnym miasteczku Laayoune.
Po kilku dniach podróży przez pustynię zbliżyliśmy się do granicy z Mauretanią. Planowaliśmy jeszcze jedną noc spędzić po stronie marokańskiej i z samego rana przekroczyć granice. Okazało się jednak, że zamiast zaznaczonego na naszej mapie marokańskiego miasteczka Guerguarat, na drodze, jak z pod ziemi, wyrosła granica. Przeprawienie się przez nią zajęło nam grubo ponad trzy godziny. Najpierw chyba ze cztery kontrole po stronie marokańskiej, a potem niespodzianka, o której zupełnie zapomnieliśmy: oba kraje dzieli siedmiokilometrowy, zaminowany pas pustyni, przez który nie biegnie wyznaczona droga. Odbywa się tam porostu wolna amerykanka - jedziesz którędy chcesz, a przede wszystkim, którędy dasz radę. W okolicy przejścia należy uważać na lokalnych cwaniaczków, którzy czyhają tylko na pieniądze turystów.
Podczas tego męczącego dnia motor wyłączaliśmy i włączaliśmy tyle razy że znów dal o sobie znać problem z elektryką. Zdążyliśmy tylko wymienić kasę i znaleźć nocleg i tuż pod oberża Sahara motorek powiedział dość. Właśnie tego obawialiśmy się najbardziej, bo Mauretania nie jest najbezpieczniejszym miejscem dla turystów. Ponoć otwarta jest na ugrupowania fundamentalistyczne nawet tak skrajne jak Alkaida. Właśnie z rąk przedstawicieli jednego z takich ugrupowań w 2006 roku zginęła trojka hiszpańskich turystów. Z tego właśnie powodu rajd Dakar został przeniesiony na tereny Ameryki Południowej. Poza tym był to ogromny szok, bo motor przestał działać, a nas otoczyła gromada lokalnych, którzy w Mauretanii są już zupełnie czarni. Zrobiło się naprawdę gorąco i dopiero wtedy poczuliśmy, że jesteśmy w prawdziwej Afryce.
Na szczęście motor po zmianie akumulatora zaczął działać. Na szczęście bo w całej Mauretanii części motocyklowe są niedostępne, a co dopiero mówić o mechaniku, który zna się na komputerach motocyklowych.
Po problemach z motorem ruszyliśmy dalej na południe. Trasa oczywiście nie mogła przebiec bez ekscesów, których szczerze mówiąc mogliśmy uniknąć. Znowu w błąd wprowadziła nas mapa i zamiast zajechać do miasteczka na stację benzynową minęliśmy jedynie kilka beduińskich namiotów. Trzeba było po nie jechać lokalnym transportem aż 100 km w jedną stronę.
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło a my w końcu dojechaliśmy do Senegalu.
Krajobraz zmienił się zupełnie. Pustynia przeobraziła się w sawannę którą w tej okolicy zamieszkują setki pelikanów, flamingów oraz dzikich świń.
Pomimo innych planów problemy z motorem ściągnęły nas do Dakaru, który jest w promieniu 1500km jedynym miejscem z serwisem bmw. Sam Dakar to straszny tłok, zawrotne tępo życia, pył i ciężki smog. Na motorze, stojąc w korkach, aż ciężko oddychać. Kiedy utknie się miedzy dwoma starymi ciężarówkami, można poczuć się jak w komorze gazowej. Miasto nie wyróżnia się jakąś szczególnie cudowna zabudową. Duża część miasta to chaotycznie rozlokowane budynki obrośnięte wręcz straganami z orzeszkami i owocami. W całym tym ruchu ulicznym, pomiędzy samochodami, kursują nachalni sprzedawcy kart telefonicznych i innych tego typu gadżetów.
W Dakarze zaopatrzyliśmy się w wizy i ruszyliśmy do dzikiej i zielonej Gambii. To naprawdę zachwycająca kraina szympansów, hipopotamów oraz lasu deszczowego. Jest świetnym miejscem dla amatorów off - road`u a także idealnym miejscem na relaks. Kraj przecinają jedynie dwie drogi z czego jedna to ciągle zwykły szuter. Można sobie wyobrazić jak ciekawe jest pokonywanie tych terenów motocyklem.
Zachwyceni Gambią ruszyliśmy z powrotem do Senegalu, tym razem do Casamance. Jest to najbardziej wysunięta na południe prowincja kraju; prawie oddzielona od niego Gambia. Do dnia dzisiejszego tereny te są uważane za najbardziej niebezpieczne w kraju. Obecnie już sporadycznie, ale nadal zdarzają się rabunki z bronią w reku. Najczęściej dochodzi do nich w nocy lub wcześnie nad ranem i dlatego zalecane jest podróżowanie w dzień. My, nie wywołując wilka z lasu, po zmroku nie oddalaliśmy się od centrum miasta.
Dla motocyklistów i kładów cale wybrzeże Casamance to istny raj. Dosyć zbity piasek pozwala na swobodną jazdę całymi kilometrami wzdłuż linii brzegowej. Pierwszy raz w życiu jechaliśmy morzem i to chyba ze sto na godzinę. Woda chlapie na wszystkie strony, a gdy nadchodzi fala ciężko utrzymać motor. Radzimy nie dać ponieść się chwili i przed wjazdem do wody schować w bezpieczne miejsce dokumenty, pieniądze i sprzęt elektroniczny żeby nie suszyć ich potem tak jak my. Po takiej kąpieli dobrze jest też zadbać o motor fundując mu kąpiel, tym razem w słodkiej wodzie.
Po dwóch koszmarnych dniach podroży przez drogi Casamance, dziurawe jak ser szwajcarski, dotarliśmy do krainy Bassari, której nazwa pochodzi od najliczniej zamieszkałej tu grupy etnicznej. W stolicy regionu - Kedougu znaleźliśmy bezpieczne miejsce, gdzie zostawiliśmy nasze kufry i na podbój Bassari pomknęliśmy leciutcy niczym piórko. Dobrze zrobiliśmy, bo okoliczne drogi to w większości prowadzące przez busz piaszczyste ścieżki. Nie dalibyśmy rady pokonać tego safari obładowanym motorem.
Region wyróżnia się wyjątkowo interesującą ludnością. Urok mieszkańców polega na ich niesamowitych, bardzo plemiennych i wojowniczych fryzurach oraz strojach. Przekłuwają sobie nosy i uszy od góry do dołu. W sumie to na konwencie tatuażu w Europie mogliby wsiąknąć w tłum. Tam natomiast są najbardziej malowniczą i oryginalną grupa etniczną.
Z Bassari pokonaliśmy jeszcze 500 km z powrotem do Dakaru, który był ostatnim przystankiem naszej wyprawy. W planie mieliśmy powrót do Polski motorem ale okazało się że można niedrogo wysłać go statkiem do Europy. Postanowiliśmy wiec więcej czasu spędzić w Senegalu zamiast wracać tą samą drogą a motor załadować na prom. Organizacją transportu jest dość łatwa trzeba znaleźć tzw. „grupage” czyli morską firmę spedycyjną, która wsadzi motor do jednego ze swoich kontenerów. Taka forma transportu jest dostępna praktycznie na całym świecie. Transport naszego motocykla kosztował 500 euro. Dla majętnych istnieje też opcja wysłania motocykla samolotem transportowym, co jest znacznie szybsze ale minimum dwa razy droższe. Sami przylecieliśmy samolotem z Dakaru przez Brukselę do Wrocławia za 500 euro/os.
Dziękujemy firmie RETBIKE za wyposażenie nas na tą wyprawę i zapraszamy do przeczytania sierpniowego wydania Świata Motocykli jak również naszego bloga, na którym znajduje się pełna relacja z wyprawy: www.tijucamoto.blogspot.com.
Magdalena Młodzianko i Szymon Stawski
COPYRIGHT © RETBIKE
CREATED BY VIKO DESIGN