Szycie na miarę

W ofercie specjalnej Retbike istnieje możliwość uszycia odzieży motocyklowej według indywidualnych wymiarów klienta.

AROUND ALBANIA 2011

A zaczęło się tak….. Pomysł na ten wyjazd narodził się w naszych głowach, podczas ubiegłorocznego wyjazdu w Karpaty Rumuńskie, gdzie po powrocie, przy palince padł pomysł…Albania.


 


Albania jako ostatnia enklawa nie skażonej cywilizacją ziemi w Europie kusiła nas od dawna. Z racji szybkich zmian jakie zachodzą w Albanii wyjazdu nie można było odkładać, tylko wziąć się w garść i pomknąć, poczuć klimat orientu.
We wtorek (dzień przed wyjazdem)spotykamy się już około 16, spakowani, gotowi do wyjazdu. Więc wypijamy „ostatnie” przed wyjazdem piwo na trzebnickiej ziemi, idziemy się jeszcze ochłodzić w zimnej wodzie i wypijamy jeszcze jedno „ostatnie” piwo przed wyjazdem. Okazało się że tych „ostatnich” piw było kilka. No ale w końcu idziemy spać, bo o 4 rano startujemy po przygodę.
I tak tez się stało. O 4.30 meldujemy się tradycyjnie na tankowanie na trzebnickim Orlenie i wyruszamy w trasę. Staramy się nie opieprzać na trasie i ciągniemy pod granice w Boboszowie ( po drodze turlamy się przez Wrocław, gdzie po lekkim deszczu zrobiło się na TKC zajebiście, dziwnie ślisko), tankowanie i kolejne w Czechach przed granicą Austriacką. W okolicach Wiednia zaczęło się – upał ! W Austrii pałujemy autostradami do Słowenii. Słowenia z racji że tylko kawałek przelatujemy bocznymi drogami i w Chorwacji z powrotem śmigamy autostradami. Nudy, nudy, nudy, gorąco, nudy … i odparzony tyłek….(P.S. z nudów zdrapywałem muchy z szybki…)
Zjeżdżamy w stronę Adriatyku do Senj i ostatnie 30 km pokonujemy serpentynami, które przebudzają nas po dotychczasowych nudach. W Senj stajemy i rozglądamy się, pytamy o kemping. Tubylcy wskazują nam na wielki napis na tablicy pod którą stanieliśmy: Camping. No cóż po tylu godzinach nudnej napierdzielanki po autobanach nie wszystko widać. Przynajmniej nam nikt nie zarzuci, że panoszymy się po Chorwacji z głowa zadarta pod górę.
Browar nas chłodzi. Rozbijamy namioty i śmigamy do kempingowego baru na piwko i cos przegryźć. Zostajemy tam do późnego wieczora. Przed snem jeszcze kąpiel w Adriatyku, prysznic i do śpiwora. Tej nocy pewnie jakby ktoś nas wywlekł z namiotów to nawet byśmy się nie obudził – sen był kamienny.
Od rana ponownie pałujemy autostrada na południe. Po zbliżeniu się do Adriatyku za miejscowością Posedarje pojawia się dosłownie lejący z nieba żar. Parkingi wystawione na słońce jak na patelni, pozostaje nic więcej jak tylko grzać do przodu i to nie za wolno by chwycić trochę ochłody, choć i tak ciężko, bo gorące powietrze zamiast podczas jazdy ochładzać to jeszcze dogrzewa. W końcu kończą się autostrady, zjeżdżamy na wąska górska drogę i zatrzymujemy się przy stoisku z arbuzami.
Kuszą nas swoim chłodem i soczystością. Piękne czerwone arbuzy. Oczywiście dostajemy po kawałeczku spróbować. I tu bystry „chorwacki Italianiec” złapał dwóch frajerów, czyli nas. Tak nas omamił, po przeliczał waluty, kursy, wagi arbuzów, aż w końcu okazało się, że zapłaciliśmy jak za 10 arbuzów. Chorwacki makaroniarz orżnął nas totalnie. A my zostaliśmy z połowa arbuza. No cóż frycowe zapłacone, została połowa arbuza. Spadamy z stamtąd z drugą nie zjedzoną połówka w stronę Czarnogóry.

 

Po drodze łapiemy aparatem widoki Dubrownika i kilka lanserskich fot przy tablicy Montenegro.



Radość z przekroczonej granicy nie trwa długo. Po chwili, z golfa wynurza się „niebieski” człowiek i macha do nas, tym razem nie chodzi o arbuza….ten rozdawał wydruki z suszarki. Oświadczył mi (wentyl), że miałem 84 na 50-tce i zawołał 30 ojro. Co ja biedny polak miałem zrobić? Rozpocząłem wyrażanie skruchy w stylu: „ płacz matki nad rozlanym mlekiem”, po czym władza zaproponowała, żeby 20 euro umieścić w schowku w drzwiach radiowozu i na tym zakończymy procedurę. Na nasze szczęście policmajster odebrał komórkę i pochłonięty rozmową kazał nam odjechać, myśląc ze 20 euro jest już w schowku. Później pamiętam tylko tyle, ze jeszcze nigdy moje moto tak szybko nie przyspieszało z właścicielem „bogatszym o 2 dychy” ;-).

Ciąg dalszy dnia spędziliśmy na objeździe zatoki kotorskiej, poszukując campingu, na którym konsumujemy drinka zrobionego ze spirytusu lubelskiego oraz połówki arbuza od Italiańca .

Kolejnego dnia advenrure rozpoczęło się na dobre. Przekroczyliśmy granice Albańską. Kraj ten przywitał nas szutrem, kurzem oraz remontem dróg. No ale po to tam właśnie pojechaliśmy.

Po dojechaniu do Koplik, zaparkowaliśmy pod bankiem w celu wymiany waluty. Tam zauważyliśmy 2 motocyklistów, gdzie po chwili spozo oznajmia : „ślązacy !!!”. Zamieniliśmy z nimi po 2 zdania i umówiliśmy się na wspólny nocleg u celu wyprawy, w samym centrum Gór Przeklętych, w Theth.

Droga do Theth do najłatwiejszych nie należy. Po kilkunastu kilometrach malowniczo położonej asfaltówki…….

……..rozpoczęliśmy wspinaczkę po kamienistej drodze, gdzie po 2 godzinach jazdy w upale dotarliśmy do Theth.


Przed wyjazdem byliśmy uprzedzeni przez znajomych, że tam zaprosi nas do siebie mały Francesco. I tak się stało. „My friend”, bo taką nazwę chłopak od nas otrzymał, przywitał nas już na moście, gdzie oznajmił że „ślązaki” są u niego na podwórku.

Po przywitaniu przez stado baranów, krów, psów i much, patrzymy a hanysy maja nie tęgie miny. Centralka w jednym z Transalpów dostała strzał z kamienia na zjeździe i zaczęła ocierać o łańcuch. Padła decyzja: tniemy !!!

Trzeba przyznać, że „my friend” jest na tym odludziu dobrze zorganizowany. Chłopak ma 11 lat, zapierdziela po angielsku lepiej niż nasza czwórka razem wzięta + słownik. Serwuje, browar Tirana po pół ojro, flaszke bimbru za piątaka oraz extra, lokalną wyżerkę na kolację za niewiele większe fundusze. Szczerze mówiąc, „my friend’ ma łeb do turystów…. ( jeżeli ktokolwiek będzie to kiedykolwiek czytał i pojedzie do Theth, to zabierzcie chłopakowi kalkulator, liczyć to on umie jak ja na maturze, czyli wcale.. )

Rankiem, po lokalnym śniadaniu, pojechaliśmy drugą i ostatnią drogą jaka prowadzi do doliny w kierunku „cywilizacji” ( w Albanii określenie cywilizacja, nie ma większego znaczenia ). Przejazd przez kilka malowniczych przełęczy wysoko w górach, dostarczył moc wrażeń, uśmiechu na pyskach oraz kilka litrów potu na plecach.


Zimny pot pojawiał się w momencie, gdy na zakrętach weseli Albańczycy wyskakiwali zza winkla w swoich rozklekotanych ciężarówkach, trąbiąc, machając rękoma i śpiewając jednocześnie lokalne hity z Marlboro w ustach.

Dojazd do miasta Shkoder zakończył objazd Gór Przeklętych. Powitani asfaltami udaliśmy się tranzytem przez miasto ( to było wyzwanie…) w kierunku Koman, skąd kolejnego dnia mieliśmy zaplanowane popłynąć promem do Fierze……..ale o ty za chwile.

W Koman, znajduje się camping „pod mostem’, na którym poznaliśmy dwóch wesołych Czechów na KTM-ach oraz kolejnych trzech na BM-kach, które wyglądały jak pomalowane błotem w sprayu – czeskie enduro….

Tego noclegu nie wspominamy zbyt dobrze. Po pierwsze, to hardkorowy prysznic, z którego mieliśmy ubaw po pachy…..

.….a po drugie to….nie mamy za bardzo co wspominać, ponieważ schłostaliśmy się jak małolaty browarem zapijanym rakiją i odwrotnie. Pamiętam tylko tyle, że jeden czech chciał mnie adoptować na swojego syna ale wybiłem mu to z głowy… rakiją oczywiście.

Nadszedł poranek. No cóż, lepiej żeby go nie było. Na szczęście do promu jest około 3 km, wiec strach trwał krótko. Kac albański zasmakowany. Można go porównać do przeżyć po nalewce malinowej z biedronki + paczka mocnych jasnych…

Oczekiwaniom na prom nie było końca. Po osuszeniu zapasów w pobliskim barze z coca-coli prom przypłynął. Nie mogliśmy się nadziwić jak w takim chaosie podczas rozładunku i załadunku pojazdów wszelakiego rodzaju, nie doszło do tragedii ludzkiej. Po skasowaniu 15 euro od moto udaliśmy się na górny pokład gdzie, po odkotwiczeniu łajby naszym oczom ukazały się świetne, górskie widoki które z trudem nasze twarde dyski, tego poranka rejestrowały….i tak przez 3 godziny.


Po zjechaniu z łajby, w momencie gdzie nasze mózgi przestały funkcjonować w trybie awaryjnym i przeszły do stanu gotowości, pojechaliśmy malowniczą drogą, położoną na zboczach górskich o niezliczonej liczbie zakrętów, w stronę Kukes.

Wracając do zakrętów. Na jednym z nich doszło do testu i przekonania się na własnym tyłku co to znaczy dobre ciuchy motocyklowe ( podziękowania dla Anki i Emilii  ). Niestety TKC do nie Anakee a ta droga to nie była torem Poznań , w skutek czego, zaliczony został szlif po asfalcie, po którym rozpocząłem taniec ku niebiosom, który miał na celu podniesienie moto z asfaltu zanim zostanie roztrzaskany o zderzak albańskiego mercedesa. Na szczęście obyło się bez strat ludzkich i w sprzęcie.


Dojechaliśmy do Kukes. Miasteczko okazało się całkiem przyzwoite i czyste. Zrobiliśmy tam w „luksusowych” warunkach zakupy na wieczór ( rakiji powiedzieliśmy: „ chwilowo dziękujemy….” ). W markecie znalazły się polskie śledzie konserwowe. Spotkaliśmy tam uroczą Niemkę, motocyklistkę, którą poznaliśmy na promie. Gdy zapytała o nasz nocleg i usłyszała ze chcemy spać na dziko w górach, zrobiło oczy większe niż spozo podczas płacenia za arbuza……

Ruszyliśmy dalej. Udaliśmy się w stronę Peshkopi, jadąc w tumanach kurzu, szutrową prowadzącą z przełęczy na przełęcz. Po kilkunastu kilometrach znaleźliśmy nocleg kilka kilometrów za wioską, wysoko w górach. Uradowani, że jesteśmy z dala od cywilizacji, namioty poszły w ruch. Ku naszemu zdziwieniu, nagle zza krzaków pojawiła się chmara dzieciaków ze wsi. Tym większe było ich zdziwienie, gdzie po kilku zdaniach zapoznawczych, pokazaliśmy im mapę i zapytaliśmy o drogę. I tutaj klops……..chłopaki w życiu mapy nie widzieli na oczy…

Noc zapowiadała się dość wietrzna. Ale cóż, namioty przywiązane do motocykli, siekiera pod karimatę i do śpiwora.

Kolejnego ranka niebo albańskie było łaskawsze. Wyruszyliśmy do Peshkopi.

Miasteczko jak miasteczko. GPS-y troszkę zwariowały. Policjant kierujący ruchem na nasz widok jeszcze bardziej, gdy zobaczył czterech świrów wyjeżdżających na główną drogę z deptaka ( o zakazie wjazdu nikt nie uprzedzał ) Wówczas oszalałem. Nie wiedziałem czy on nas zatrzymuje, pozdrawia czy wskazuje właściwą drogę. Nie zrobił na nim nawet wrażenia fakt, że pojechaliśmy przez rondo „pod prąd”.

Po wydostaniu się z tego bałaganu komunikacyjnego, wciągnęliśmy tradycyjnie pizze na śniadanie i ruszyliśmy w stronę granicy Macedońskiej do wsi Debar. Tam rozstaliśmy się ze łzami w oczach ( ślązaków oczywiście…. ). Hanysy pojechały w stronę Serbii a my w głąb Macedonii nad Jezioro Ochrydzkie, gdzie zaplanowany był dzień lenia. Trafiliśmy na komunistyczny camping, który lata swojej świetności przezywał chyba podczas panowania Tito w Jugosławii.

Wymęczeni spożywaniem zupek chińskich i innych artykułów płynnych, rankiem ruszyliśmy powrotem na stronę albańską, gdzie jadąc brzegiem Ochrydu dotarliśmy do granicy greckiej. Tam urzędas albański oświadcza o strajku greckich celników i doradza drogę powrotną do Macedonii. Jadąc fajna szutrówką, dojeżdżamy do granicy i kierujemy się w stronę Skopje. Macedonia to kraj dość nudny, lecz rozrywki dostarczały nam widoki rolników w gumowcach z widłami w reku, spacerujący po autostradzie. Dotarliśmy do Skopje, gdzie po dlugich poszukiwaniach noclegu pod chmurką, trafiamy do motelu o wyglądzie burdelu.

Głodni wrażeń i nie tylko pojechaliśmy na wieczorny lansik po stolicy i ……….pizze.

Wracamy do motelu. Na jednym z skrzyżowań zatrzymujemy się na czerwonym. Nagle zza krzaków wyskakuje chmara brudnych dzieciaków, odstawiających coś w rodzaju indianskiego tańca o deszcz , który to miał spowodować wysępienie od nas kasy. Gdy balet okazał się nieskuteczny a podarowane przez spozo, firmowe długopisy były mało interesujące, rozpoczęło się całowanie handbarów w bm-ce i baletu ciąg dalszy. Zostaliśmy uratowani – zapaliło się zielone.

Po kilku browarach spać.

Na szczęście „nasz” motel z burdelem miał tylko tyle wspólnego, że nieźle nas wydymały……..komary w nocy………

Rankiem nastała długo oczekiwana chwila. Wjazd do Kosowa. Za jedyne 15 euro za ubezpieczenie na granicy celnik zrobił ze mnie Madziara, wpisując w papiery że jesteśmy ze zwykłych Węgier.

Ślady wojny ujawniały się od samego początku. Tablice informujące o ruchu czołgów i oddziałach KFOR także.

Postanowiliśmy zwiedzić Pristine, stolice Kosowa. Miasto okazało się całkiem fajne. Cywilizacja, dobre samochody, ładne babeczki no i…………poranna pizza.

Zboczyliśmy z głównej drogi, aby zobaczyć trochę życia na przedmieściach. Pojechaliśmy ku granicy czarnogórskiej bocznymi drogami, zahaczając całkiem przypadkowo o małe miasteczka gdzie muzyka i handel uliczny tętnił pełnią życia…

Największa niespodzianka spotyka nas na przełęczy około 2000 m n.p.m. gdzie znajduje się przejście graniczne pomiędzy Kosowem a Montenegro. Długa wspinaczka na przełęcz kończy się niespodziewaną mgłą, deszczem oraz temperaturą około 7 stopni.

Po rozmowie z celnikami zajętymi trzepaniem kosowskich tirów, jakby mieli przemycać ręczniki z Meksyku, rozpoczęła się ponowna wędrówka po Czarnogórze, gdzie zauroczeni krajobrazami wysokogórskimi i anomaliami pogodowymi docieramy na kemping, położony w parku narodowym. Był to jeden z najlepszych noclegów jakie udało nam się zaliczyć na Bałkanach, położony pośród nie zniszczonej przez człowieka przyrody.

Po nocnych rozmowach z rodzinką z Polski, wyruszamy na podbój parku narodowego Durmitor, gdzie krowy na drodze wyraźnie dawały do zrozumienia, że maja nas głęboko gdzieś, a my z uśmiechem na pyskach patrzyliśmy w okolice ogona, gdzie to „ gdzieś się znajduje” :-) .


Kolejnym celem wyjazdu, na który oczekiwaliśmy z niecierpliwością, był wjazd do Bośni. Niby nic szczególnego ale kraj ten zaznaczył się dość mocno w historii współczesnej europy. Państwo to okazało się dość spokojne i urokliwe. Ślady wojny bałkańskiej były widoczne dość znacząco. Nieodbudowane, zniszczone domy i gospodarstwa oraz spokój jaki tam panował dawał wiele do zrozumienia. Szczególnie zapamiętane zostały takie miasto jak Wyszehrad oraz Górażdże , niezliczona liczba tuneli drążonych w skałach i policja pochowana w każdych, przydrożnych krzakach.

Po noclegu na pograniczu serbsko-bośniackim wyruszyliśmy w kierunku właśnie Serbii. Niestety upierdliwy pogranicznik serbski nie chciał mnie wpuścić do kraju ponieważ moja ubezpieczalnia nie uwzględniła przy wystawianiu zielonej karty tego właśnie kraju. Chciałbym im za to sprzedać kopa w pewne miejsce ale nie ma tego złego….. pojechaliśmy z powrotem w stronę Sarajewa.

Na tym etapie wyprawy, rozpoczął się powolny powrót w stronę Polski. Przemierzając kolejne kilometry bocznymi drogami przez Chorwacje i zwykle Węgry, dotarliśmy do Balatonu, gzie zakotwiczyliśmy na ostatni nocleg. Tam, upojeni lokalnym browarem, po nieudanej kąpieli w szuwarach jeziora poszliśmy do namiotów, słuchając do późnej nocy polskiej muzyki weselnej, wykonywanej z playbacku przez lokalnego wodzireja imprezy.

Nadszedł dzień powrotu. Nie należał do najciekawszych. 600 km powrotu w deszczu dało się we znaki.

Przejechaliśmy 4800 km. Granice państw przekraczaliśmy 20 razy. Kontroli paszportów i wbitych pieczątek nikomu już nie chciało się liczyć…

Na koniec tej opowieści, chcielibyśmy podziękować Emilii i Ance z firmy RET BIKE za wsparcie naszej wyprawy.

Pozdrawiamy serdecznie !!!