Szycie na miarę

W ofercie specjalnej Retbike istnieje możliwość uszycia odzieży motocyklowej według indywidualnych wymiarów klienta.

Dakar 2009

Za nami niezwykły miesiąc- czas spędzony na górskich i pustynnych bezdrożach. Trakty ciągnące się bez końca przez Saharę, które poprowadziły nas przez mistyczne miasta i lokalne wioski. Zdobyliśmy osławiony Dakar, ale jak się szybko okazało- nie on był naszym celem.
Niepowtarzalne obrazy wyjęte z dzikiej i surowej przyrody, oraz migawki z odmiennego i niekoniecznie łatwego życia afrykańskiej ludności utkwią nam w pamięci na długo.
We dwoje, na motocyklach BMW GS R1200 Adventure- pokonaliśmy: 14 tyś. kilometrów, temperatury sięgające ponad 50oC, oraz swoje słabości. Doświadczyliśmy odmienności kulturowej, która z punktu widzenia Europejczyka była dla nas początkowo szokiem.

Mistyczny Dakar to marzenie niemal każdego, kto choćby otarł się o podróżowanie motocyklem. Zapewne pozostało by i naszym, gdyby nie kilka zbieżnych sytuacji.
Maxa poznaję za pośrednictwem naszego wspólnego kolegi na jednym ze spotkań forum podróżników motocyklowych.
Od razu odnajdujemy wspólny język i wraz z naszymi towarzyszkami zaczynamy planować wyjazd do Maroka. W między czasie okazuje się jednak, że ja i Max będziemy jedynymi uczestnikami. Przez długi czas rozważamy korektę trasy i myślimy o podwyższeniu poprzeczki. Jedno jest pewne- trasa musi uwzględniać Maroko.
Na początku czerwca odbieram telefon od Maxa, który dzieli się ze mną pomysłem pokonania trasy do Dakaru. Kilka minut rozmowy i ze znanym uczuciem narastającej ekscytacji postanawiamy podjąć się tego przedsięwzięcia. Od tej pory nasze całe myśli obierają azymut – DAKAR.

Do wyjazdu niespełna 2 miesiące. Przed nami przygotowanie motocykli, ekwipunku turystycznego, łączności, nawigacji oraz map. Trzeba zdobyć niezbędne informacje. Ustalić przebieg trasy i jak się później okazało, nazbierać teczkę dokumentów. Zaplanowane wcześniej urlopy należy znacząco przedłużyć.
Rozpoczynają się intensywne przygotowania. Od tej pory nasze telefony wchodzą w tryb on-line i wymagają częstszego niż do tej pory ładowania baterii.
Dzielimy się obowiązkami. Przeczesujemy Internet w poszukiwaniu potrzebnych nam informacji. Szukamy ewentualnych współorganizatorów. Konsultujemy pomysły na przystosowanie maszyn do wyprawy oraz kompletujemy sprzęt biwakowy. Ponieważ nasze motocykle zeszły z tej samej taśmy, to często wspólnie dokonujemy kolejnych zakupów, które sprawiają nam dużo zadowolenia i podkręcają atmosferę.
Pomagają nam i dopingują nasi znajomi, przyjaciele oraz rodzina.
Kilka dni później wraz z żoną Maxa- Ireną, jedziemy do ambasady Mauretanii w Berlinie. Składamy wnioski o wizę – pomoc Ireny okazuje się bezcenna. Wcześniej dowiadujemy się, że placówka dyplomatyczna w Rabacie jest zamknięta a wydawanie wiz na granicy wstrzymane do odwołania. Planowany czas oczekiwania dwa tygodnie- spokojnie zdążymy. Jednak jak się później niejednokrotnie przekonujemy w Afryce czas ma inny wymiar. Zatrzymujemy się jeszcze w Berlińskim Motorrad Center i umawiamy przegląd motocykli na 31 lipca 2009.
Kolejne wieczory mijają nam przy złocistym napoju w garażu u Maxa, podczas których majsterkujemy przy maszynach i palcem po mapie ustalamy przebieg trasy. Oglądamy filmy z rajdu Lisbona - Dakar i edukujemy się w temacie panujących zwyczajów kulturowych w państwach przez które ma przebiegać trasa naszej amatorskiej wyprawy. Kompletujemy mały suport części zamiennych. Max osobiście dopilnowuje aby w jego kufrze nie brakło sprzętu do pierwszej, a nawet drugiej pomocy medycznej.
W między czasie wyrabiamy międzynarodowe prawo jazdy, organizujemy ubezpieczenia podróżne i przechodzimy szereg szczepień na choroby tropikalne.

Patronat medialny nad wydarzeniem obejmuje Moto Voyager. Kombinezony przystosowane do wysokich temperatur przygotowuje Ret Bike. Opony motocyklowe do jazdy na szosie i of-road zapewnia Continental Polska. Ponad to, w przedsięwzięciu wspiera mnie- Wyższa Szkoła Bankowa we Wrocławiu.
Mijają kolejne cztery tygodnie. Do wyjazdu niespełna kilka dni, a paszportów z wizą Mauretańską, mimo ponagleń jeszcze nie ma. Zaczynamy się niepokoić. Kiedy nosimy się z zamiarem kolejnej wizyty w Berlinie listonosz dostarcza tak wyczekiwaną przesyłkę. Dosłownie kilka dni przed planowanym wyjazdem udaję się do ambasady Francuskiej w Warszawie gdzie w przeciągu piętnastu minut wlepiają nam miesięczne wizy do Senegalu.
Ostatnie dni schodzą nam w atmosferze pośpiechu na gorączkowych przygotowaniach związanych z wyprawą oraz obowiązkami zawodowymi.

31 lipca 2009 o godz. 5.00 rano, po całkowicie nieprzespanej nocy spotykamy się na stacji benzynowej przy wylocie z Wrocławia. Towarzyszy nam Tomek „Holan”. Sprawdza czy nasze maszyny są dostatecznie przygotowane do podróży i przekazuje pozdrowienia od znajomych. Obowiązkowo mocna kawa i jeszcze kilka pamiątkowych fotek. Nawigacja dostaje polecenie – Dakar, miota się i dławi przez dłuższą chwilę ale w końcu rozbrzmiewa głos „Grażynki”- „do celu 6 400 km, skręć w prawo”.

Przez pierwsze kilometry jedziemy nieco przymroczeni, właściwie nie będąc świadomi tego, że rozpoczęliśmy realizację naszego ambitnego planu. Dopiero podczas pierwszego postoju Max mówi; „Rembik- właśnie zasuwamy do Senegalu”- to stwierdzenie inauguruje nasz wyjazd .
I tak prawie pustą autostradą ze znanym Wam wszystkim uczuciem uniesienia dojeżdżamy do Berlina.

Maszyny powierzamy na 5 godzin, jak się później okazuje w bardzo dobre ręce.
Wolny czas wykorzystujemy na kolejną kawę i co nie coś z azjatyckiej kuchni. Zwiedzamy również spore muzeum zabytkowej motoryzacji mi. z taką perełką jak motocykl Herkules podwieszany silnikiem Wankla z 1960r.
Kiedy na ławce w parku „przymykając oko” próbujemy ulżyć nagromadzonemu z kilku dni zmęczeniu, słyszymy znajomy odgłos silników, przejeżdżających nieopodal GS-ów. To pracownicy serwisu, którzy nie tylko statycznie sprawdzają poprawność działania naszych maszyn. Późnym popołudniem odbieramy sprzęty, które wydają się pracować bez zarzutu. Wyjeżdżamy za miasto jeszcze jakieś 150 km i w okolicy Lipska przy autostradzie adoptujemy pod namioty mały kawałek parkingowego trawnika.

Następnego dnia bez pośpiechu, szykujemy się w dalszą drogę. Poruszając się bliźniaczymi motorami w takich samych kombinezonach z flagą Polski na ramieniu, spotykamy się z niemałym zainteresowaniem, które jak się później okazało będzie nam towarzyszyć niemalże przy każdym postoju.
Późnym wieczorem mijając malownicze pejzaże niemieckich landów docieramy do Lyonu we Francji, gdzie po krótkiej degustacji lokalnych trunków i zaledwie cztero godzinnej drzemce w scenerii z dnia poprzedniego ruszamy z kopyta w dalszą drogę. Okazuje się, że jutro o godzinie 10.00 mamy być na promie w Hiszpańskiej Almerii, a motywatorem stają się zarezerwowane wcześniej przez Maxa bilety na prom.

Jazda mija nam na podziwianiu gładkich jak świeżo heblowana deska autostrad i walce z nagromadzonym zmęczeniem. Wspomagamy się hałaśliwą muzyką rozbrzmiewającą w intercomach oraz systematycznym oklepywaniem kasków- o wiaderku kawy wypitej w przydrożnych stacjach nie wspominając. Trzeźwiąco też, działają na nas gęsto usiane bramki opłat autostradowych. Po kolejnym tankowaniu pod Barceloną podjeżdżamy do okienka bramki płatniczej. Czuję, że coś wypełza mi spod kasku i pod kominiarką próbuje spacerować po szyi. Nie zdążyłem powiedzieć Maxowi przez radio, że zaraz coś mnie up… i już się zwijam z bólu. Zjeżdżamy na pobocze autostrady i od razu wita nas Hiszpańska Policja. Groźnie próbuje wyperswadować niedozwolony postój na poboczu, ale szybko znajdujemy wspólny język i kończymy w przyjacielskim uścisku pozując do grupowego zdjęcia. Panowie upierają się, że bez pierwszej pomocy nas nie puszczą. Własnoręcznie zakładają opatrunek i życzą osiągnięcia celu. Zainteresowanie, napotkanych podczas kolejnych postoi ludzi naprawdę nas zaskakuje. Tłumaczymy gdzie, jak i dlaczego. Wymieniamy się adresami e-mail i fałszywie obiecujemy odpisać. To wszystko sprawia, że czujemy się dość niezwykle.

Po 24 godzinach od postoju we Francji i pokonaniu kolejnych 1450 km, ok. godz. 9.00 docieramy do Almerii. Uff udało się - odeśpimy na promie. Max śmieje się bo wie, że prom płynie zaledwie 3 godziny, a po drugiej stronie w Melilli czeka nas przejście graniczne do Maroka (Melilla – miasto leżące na kontynencie afrykańskim należące do Hiszpanii).
W ostatniej chwili wjeżdżamy na prom. Cumujemy taśmami nasze krążowniki w ładowni i na dwie godziny błogo odpływamy w wygodnych fotelach górnego pokładu.
Za nami pierwsze 3150 km.

Im dalej jechaliśmy na południe Europy, tym bardziej odczuwaliśmy wyraźny wzrost temperatury.
Więc kiedy o godz. 13.00 zjeżdżamy z promu, uderza w nas gorące, przyjemne powietrze. Nieświadomi jeszcze tego, co nas czeka w głębi lądu, po mieście jeździmy w koszulkach i często bez kasku.

Stawiając pierwsze ślady na kontynencie Afrykańskim mijamy długi postój nieoznakowanych taksówek – same retro mercedesy – i dojeżdżamy do wielkiej stalowej bramy. Po wyglądzie domyślamy się, że za nią kończy się Europa- to Wrota Afryki. Stojący przed nią marokańscy policjanci wskazują nam drogę na koniec mijanego wcześniej „postoju taksówek”, który zawijając się kilka razy wzdłuż slumsowych uliczek pokazuje nam swój ogon. Przyglądamy się bliżej i widzimy już tylko arabskie, znudzone oczekiwaniem twarze. Ustawiamy się w kolejce i już wiemy, że szybko nam nie pójdzie. Od razu jesteśmy obskakiwani przez „pomocników”, którzy za jedyne kilka euro obiecują bezpieczną przeprawę na drugą stronę. Dowiadujemy się, że potrwa to ok. 8 godzin, a po drodze musimy zaliczyć badanie lekarskie u „doktora”, którego jeszcze nie ma.

Chwila zastanowienia i wyciągamy przygotowane wcześniej, nazwijmy to „mocne papiery”. Osobiście prezentuje je marokańskiemu policjantowi, który dmie w gwizdek, naprzemian pokrzykując coś w rodzimym języku. W znudzonej wcześniej kolejce powstaje spory ruch i sznur samochodów najeżdżając sobie na zderzaki rozstępuje się tworząc środkiem wąski przesmyk. Teraz przejeżdżamy bez problemu i za chwilę jesteśmy przy stanowiskach kontrolnych. Policjanci i celnicy ze zdziwieniem przeglądają nasze paszporty z wklejonymi wizami do Mauretanii i Senegalu, oraz wcześniej przygotowanymi (drukowane) przez Maxa w języku francuskim i arabskim fiszki graniczne, jak również dokumenty odprawy celnej motocykli. Ponownie pokazujemy nasze „dodatkowe, mocne dokumenty”- jeszcze kilka pieczątek i zostawiamy za sobą ostatni szlaban. Tego sprawdzonego scenariusza trzymamy się już do końca podróży przez czarny kontynent.
Mijamy kilka odmiennych, od tego co widzieliśmy do tej pory uliczek. Chwilę później siedzimy w kafejce popijając dużą, mocną marokańską kawę. Tu nawiązujemy pierwsze znajomości. Szybko schodzi się kilku miejscowych, którzy przekazują nam wiele cennych informacji. Jak się okazuje, żadna rozmowa tutaj nie jest bezinteresowna- wymieniamy trochę euro. Walutą w Maroku jest niewymienialny nigdzie indziej dirham. Dirhamów nie wolno wywozić poza granice kraju (przynajmniej teoretycznie). Udostępniamy nasze motocykle do kilku statycznych fot, a następnie ruszamy wzdłuż malowniczego wybrzeża Morza Śródziemnego i gór Rif. Mijamy po drodze lokalną ludność poruszającą się na osiołkach, stada owiec i kóz. Przy drodze kwitnie handel wszelkiej maści. Całe rodziny wybiegając na szosę oferują wyroby z rzemiosła, egzotyczne owoce i warzywa oraz baniaki z paliwem. To co widzimy zachwyca nas na tyle, że wymiana spostrzeżeń przez intercom nie ustaje.
Po kilku godzinach kluczenia stromymi zakrętami górskich asfaltów, opici kawą o konsystencji smoły, bogatsi o kolejne znajomości- dojeżdżamy nocą do wskazanego miejsca. Rozbijamy nasz obóz w hotelowym pokoju. Kilka minut później siedzimy w taksówce, która obwozi nas po pubach nadbrzeżnego miasta Al. Husajma. Wracamy całkowicie „zmęczeni”. Pierwszą noc, a właściwie poranek spędzam na plaży.
Budzi mnie mocne słońce. Max czeka już gotowy.