W ofercie specjalnej Retbike istnieje możliwość uszycia odzieży motocyklowej według indywidualnych wymiarów klienta.
Nie znajdziemy racjonalnych wyjaśnień fenomenu tych corocznych spotkań. Daleko, zimno, ślisko, niebezpiecznie na drodze, podłe warunki bytowania. A jednak już 54-ty raz do dolinki na skraju lasu w Loh zjechało się towarzystwo lubujące się w przymarzaniu do siodła motocykla. Jedyną wskazówką, która przychodzi na myśl w celu usprawiedliwienia tych, z punktu widzenia prawych obywateli, męczarni, to klimat panujący w głowach ludzi uczestniczących w zlocie.
Wydaje mi się, że nie są to przypadkowi ludzie, którym zachciało się pojechać na jakiś tam zlot. Żeby w nim uczestniczyć nie trzeba przechodzić jakiejkolwiek sztucznej selekcji czy jeździć
maszyną z konkretnej stajni. Najprostszą weryfikację czyni matka natura i trzeba naprawdę bardzo, bardzo mocno chcieć, żeby tam dojechać. Nie ważne na czym. Na dowód tego przytoczę scenkę z wjazdu na teren zlotu. Nie chciało mi się z bambetlami dreptać z parkingu na obozowisko, więc zatrzymałem na stopa gościa na ETZ 250 z koszem. Przy wjeździe na teren zlotu zaczął głaskać swoją maszynę po oczkach i wykrzykiwać, że ją kocha, bo wiozła go dzielnie przez 10 godzin z Frankfurtu.
Swoją przygodę zacząłem we Wrocławiu. Mieliśmy umówiony start na czwartek rano z Jackiem „Doktorkiem” jadącym z Drezdenka i jego kolegą Piotrem jadącym karawanem z Łodzi. W noc poprzedzającą wyjazd zaczął sypać taki śnieg, że padł mój ambitny plan jazdy solówką. Jacek przezornie zabrał swego sowieckiego diabła na przyczepę, na która też trafiła moja kochanka. Takim zestawem w 3 osoby pojechaliśmy przez Pragę, Pilzno, Klatovy aż do Loh. Kilka km przed zlotem spotkaliśmy dwóch Rosjan. Jeden jechał busem, a drugi na BMW z koszem. Ciągnęli z Jekaterynburga.. Z obserwacji wyszło mi, że najliczniejszą grupą narodową, oczywiście tuż za Niemcami, są Włosi. Potem Czesi i reszta świata. Z Polski pojawiło się też całkiem sporo ludzi, i jakoś tak dziwnie, gdy kogokolwiek spytałem skąd jest to padały Gliwice, albo przynajmniej okolice Śląska. Ale byli także bracia z innych części naszego kraju, była Polonia z Wysp, z Niemiec.
Przez cały zlot śnieg był tak intensywny, że zostały zakryte co niektóre, zgarbione namioty. O to chodziło, wszystkim dopisywały świetne humory, słyszało się, że to prawdziwy Elefant.
Pierwsza czynność po przybyciu to urządzenie swego biura. Trzeba kupić kostkę słomy pod namiot, wiąchę drewna i rozstawić dobytek. Potem kto co woli, można nagadać się aż język spuchnie, albo nogi spuchną od łażenia po zlotowisku. A jest na co popatrzeć, cały przekrój ludzkiej pomysłowości w walce z wredną zimą. Od łańcuchów, sznurów na kołach po czasem bardzo profesjonalnie przygotowane narty po bokach motocykla, osłony, mufy, futra.
Spanie w namiocie przy -6 °C okazuje się zbytecznym luksusem. Ostatniego ranka przed wyjazdem widziałem parkę, która spała sobie w śpiworze ułożonym wprost na śniegu. Wyglądali na zadowolonych, no tak. Toalety…są. Trzeba się tylko odpowiednio nastawić psychicznie.
Do tradycyjnych zabaw na śniegu należy parada nagiego gościa objeżdżającego całe zlotowisko przeważnie na jakimś enduraku. Inne zabawy to zjeżdżanie w 7 osób na kawałku folii z górki z lądowaniem „jak popadnie”. Okazuje się, że proste tarzanie się w zaspach jest nadal świetną formą poprawienia sobie humoru, może dlatego, że przypominają się czasy dzieciństwa? Nocne zaś zabawy to niestrudzone odpalanie fajerwerków niemal jak w noc
sylwestrową oraz natarczywe, paranoiczne męczenie ręcznej syreny strażackiej. Nie ma z góry ustalonego programu, żadnych koncertów, występów scenicznych czy innych podobnych przemyślanych zachowań. Ludzie cieszą się po prostu swoją obecnością. I co najważniejsze, mimo takiej wielkiej rzeszy ludzi, dużej ilości poprawiacza nastroju, ciągle kręcących się motocykli, jest bezpiecznie. Nie widziałem żadnej niemiłej sytuacji. Klub BVDM dobrze dba o bezpieczeństwo. Zlot jest zaopatrzony w rozlokowane punktu pomocy przedmedycznej, ochrona dyskretnie zwraca uwagę na zagrożenia. Zaś za bramą zlotu można natknąć się na policmajstra, który sprawdzi czy przypadkiem ktoś nie wybiera się do domu w stanie nieważkości. Pod tym względem organizację oceniam wysoko.
Miałem małe wyzwanie z padniętym akumulatorem w swej hondzi. Udało się jednak ją uruchomić i pojeździć po zlotowisku. Chciałem sprawdzić i usprawiedliwić zakup zimowej oponki na tył, która wcześniej nabyłem. Odpycha się świetnie, nie trzeba żądnych łańcuchów nawet w głębokim śniegu. W dzień wyjazdu postanowiłem wracać do Polski na kołach. Ledwie odpaliłem swój silnik, troszkę się zagrzał to pomogłem pewnemu Niemcowi w odpaleniu kablami jego sprzęta, za co dostałem złoty medal na wstędze w barwach narodowych.
Powrót wyglądał tak, że Jacek z Piotrem jechali samochodem z diabłem na przyczepie a ja w towarzystwie Łukasza z Krakowa na HD-ku jechaliśmy za nimi. Droga okazała się próbą wytrzymałości nerwów. Były krytyczne momenty koło Drezna, gdzie widoczność w śnieżycy (w
nocy) spadła do 2 m przed przednim kołem. Przed Wrocławiem zaś dopieścił nas mróz -13°C. Przy 80-90 km/h robiło się „przyjemnie”. Po tym uznałem, że Łukasz zasługuje na rozwinięcie skrótu HD – na Hard Dupa, bo bez żadnych osłon, podgrzewania, w mokrych rękawicach wysiedział całą drogę i nie musiałem go odrąbywać toporkiem. We Wrocławiu skończyliśmy część motocyklową wycieczki i resztę drogi do Krakowa pokonaliśmy samochodem. Po tych kilku dniach najmilszą rzeczą, jaką człowiek może doświadczyć to po prostu gorący prysznic. I pięknie. To czym jedziemy za rok?
P.S. Chciałbym gorąco podziękować firmie „RET BIKE” z Łomianek za ciuchy, które świetnie sprawdziły się podczas całej imprezy. Odporne na wodę, śnieg, sól i zimno. Polecam.
Irek Mażewski, Borki, NTV 650
COPYRIGHT © RETBIKE
CREATED BY VIKO DESIGN