W ofercie specjalnej Retbike istnieje możliwość uszycia odzieży motocyklowej według indywidualnych wymiarów klienta.

A było to, tak:
Sobota 14.08.2010
Godzina 16.16. Siedzę ma murku na przejściu granicznym. Zapaliłem, żeby zrobić przerwę przed przekroczeniem granicy. Godzinę temu byłem w Suwałkach. Odpoczywałem koło stacji i dałem ostygnąć bzykowi. Sprawuje się super. Pod duże górki zwalnia, ale nic dziwnego. Ma przecież tyle bagażu.

Z dotarciem nie było kłopotów. No! Nie do końca. Przed wyjazdem miałem mało czasu, żeby zaznajomić się z nawigacją. I dlatego jechałem bocznymi, małymi drogami. Zajechałem do miejscowości Stańczyk. I skończyła się droga:) Zapytałem faceta. Miał mapę. Ja nie mam mapy Polski. Po co?:) Ale i tak pojechałem na miejscowość, którą wskazała wcześniej jakaś babcia. Po drodze spotkałem gliniarzy. Jeden z nich był motocyklistą. Spytałem czy dojadę tą drogą do Suwałk. Okazało się, że tak. I ruszyłem.
Przydał się dodatkowy kanister. Jadąc do Suwałk zbiornik się kończył. Dolałem zapas. Jak znalazł.
Po drodze spotkałem dwa motory. Pozdrowiliśmy się:)
Aha! Przed Elblągiem złapała mnie mgła. Widoczność do dziesięciu metrów. Przebrałem się w ciuchy. Nawet membranę wsadziłem. Wcześniej jechałem w polarze i dżinsach. Zacząłem się telepać.
Pobudkę miałem o 4.00. Spakowałem się. Zatankowałem parę kroków od domu. Start był o 5.08. Zapomniałem spojrzeć na licznik:) Ale było coś koło 5900. I tak przyjąłem początek:)
Na stacji w Suwałkach zjadłem swoje kanapki. Zrobione jeszcze w domu. Był to pierwszy posiłek. Tak same fajki. Ale i tak nie dużo spaliłem. Chciałem jak najszybciej dojechać do Budziska. No i teraz jestem.
Plecak mam między nogami. Bardzo dobre miejsce. Wcześniej, czyli wczoraj, przymocowałem do kufra. Przeraziłem się. Bardzo mało było miejsca na kanapie. Kolanami opierałem się o ściankę przednią. Nie dałbym rady tak jechać. Na szczęście olśniło mnie.
Zastanawiam się, co robić dalej? Może spytać się kogoś, czy można przespać się na granicy gdzieś? Dalej jak pojadę to tylko chyba zostanie nocleg w lesie. Zapalę jeszcze jednego i rozejrzę się. Co tu jest ciekawego?
Godzina 20.23. Pierwszy nocleg. Jakieś 15-20 km od Kowna. Niestety przymusowy.
Jechałem cały czas 60-65 km/h. Wiedząc, że i tak jestem do przodu. Może był to błąd? Silnik zaczął gasnąć.
Tak jak po zimie, kiedy nie jeździłem. Jadąc do pracy. Stanął. Wszystkie przewody i gaźnik trzeba było czyścić.
Tak jakby paliwo nie dochodziło. Znalazłem zjazd a raczej drogę piaszczystą do jakiegoś domu. Wjechałem i stanąłem. Muszę przyznać, że ogarnęło mnie przerażenie. A jak coś z silnikiem? Rozkręciłem filtr powietrza. Niby wszystko dobrze. Dmuchnąłem. Powietrze przelatuje. Sprawdziłem olej. I niestety było bardzo mało. Wlałem prawie całą butelkę. Ale kontrolka nie świeciła się wcześniej. Teraz tak myślę, że może ich paliwo jest brudne. Przypomniałem, że w necie czytałem o tym gorszym paliwie. Zatankowałem na litewskim Orlenie. Tam też oszukują?
Poszedłem do tego domu, żeby spytać się czy mogę namiot rozbić. Była babka, która znała rosyjski. Dogadaliśmy się. Rozbiłem obóz. Bardzo parno. Kilka fotek. Na zdjęciu pewnie widać jaki mam wyraz twarzy:) Może jak odpocznie skuterek to będzie dobrze. Miejmy nadzieję. Jestem trochę zdenerwowany. Muszę jutro rano wstać i zobaczyć jak chodzi. Jeszcze próbowałem go odpalić. To chodził. Po wlaniu oleju oczywiście. Ale jak całkiem gaz puściłem to gasł. Może mu się coś zatkało? Filtr paliwa? Na złość nie mogę odkręcić schowka, żeby do silnika dojść. Nie mam klucza nasadowego a raczej samej końcówki. Przeoczyłem dwie nakrętki jak pakowałem narzędzia. I nie mam do nich klucza.
Jestem cały dzień na dwóch kanapkach i wodzie, którą kupiłem jeszcze w Polsce. No i fajki. Żeby tylko jutro było wszystko dobrze. Jak nie? Trzeba szukać mechanika. Ja pierdzielę. A miało być tak pięknie. Najchętniej wracałbym do domu. Może to był głupi pomysł? Wszyscy będą się śmiać, ale kij im w oko. Grunt, że wrócę. Zobaczymy jutro.
Już jest szaro. Nie ma co robić. Chyba się położę. Skuter zaczął szwankować przed 19.00
Niedziela 15.08.2010
Godzina 11.11. Litewskiego czasu. Godzina do przodu. Wczoraj przestawiłem zegarek w telefonie, jak szedłem spać. Około 21.00 poszedłem spać. Budziłem się, co chwila. Nasłuchiwałem czy ktoś skuterka nie chce zwędzić. Faktycznie był hałas od drogi, jak babka mówiła (z domu obok). Ale trochę się wyspałem. Wstałem o 5.00 chyba. Tak była piąta. A może 6.00:) Zwinąłem namiot. Miałem trochę wody mineralnej. Umyłem zęby i przemyłem mokrym papierem toaletowym twarz. Jakie oszczędne mycie.
Cały czas zastanawiam się czy odpali i jak będzie sprawować się bzyczek. Odpaliłem. Zaczął chodzić. Nie miał przerw jak wczoraj. Ucieszyłem się. Chyba wczoraj za długo nim jechałem. No i ten brak oleju. To mogła być przyczyna.
Wsiadłem i w drogę. Na liczniku miałem 6444 km. Lecę cały czas Via Balticą. Można powiedzieć, że nie używam nawigacji. Włączona jest i coś tam ustawiałem, ale rozsądniej polegać na drogowskazach. Mam nadzieję, że sponsor przeoczy to zdanie:) Sprawdziłem na mapie, przez jakie miejscowości trzeba jechać. Jadąc Via Balticą i tak kieruję się na Rygę. Więc objeżdżam miasta. Zaoszczędzę kilometrów. Droga prosta. Nie dziwię się, że jak widziałem motory to chłopaki zasuwali. Jest, po czym.
Teraz dałem bzykowi odpocząć. Zrobiłem przerwę koło jakiejś knajpy. Ale jest zamknięta. Siedzę przy drewnianym, zrobionym z pnia stole. Elegancka ławeczka. Pełne wczasy.
Jak dojechałem do Kowna to wjechałem w jakieś jego początki. Spytałem się kobiety gdzie można coś kupić do jedzenia. Tylko sto metrów dalej był Maxim. Taki „oszołom". Kupiłem mleko, wodę, chałkę. Na parkingu przed Maximem zjadłem. I dalej w drogę.
Czekając na otwarcie. Od 8.00 otwierali. Rozmawiałem z dziadkiem, co sprzątał parking. O młodzieży, że trzeba czasami dać w tyłek:) I o tym czy nie dostanę w oko, jak rozmawiam z Litwinem po rusku. Powiedział, że spoko.
Wjechał teraz na parking samochód. Słyszę, że ruscy. Też chyba jadą do Rygi. Facet gada przez telefon.
Muszę się gdzieś załatwić. Ciśnie mnie. Mogliby odjechać.
Do Rygi mam 153 kilometry. Więc do granicy jakieś 100. Tak na oko liczę:) Można dać wytchnąć bzykowi, godzinę nawet.
Muszę znaleźć ustronne miejsce. Jest 11.28. Zaraz ruszę.
Godzina 14.41. Ichniego czasu. Jestem od pół godziny w Bausce. Dojechałem na dworzec autobusowy. Odpoczynek. Z jakimś gościem rozmawiałem o zamku. Gdzie jest? Obok stacja Statoil gdzie kupiłem za 1,59 łata LM niebieskie. Sprzedawczyni mówiła, że można po rusku gadać. Utwierdzam się w przekonaniu, że znajdę wspólny język z tubylcami.
Pojadę w stronę zamku. Koleś wytłumaczył trochę gdzie jest. Mówił, że można namiot tam rozbić i spokojnie spać. Przydałaby się jakaś mapa. Ale tu chyba wszystko drogie.
Jest 20.26. Trochę się działo.
Skończyłem na tym, że koleś wytłumaczył gdzie zamek. Chwilkę zajęło mi znalezienie zamku. Kręciłem się koło niego:) Wreszcie zobaczyłem. Jakaś para na „rusku” z wózkiem też coś szukała. Machaliśmy kilka razy do sobie. Widocznie też coś szukali:)
Zajechałem pod zamek, który leży koło rzeki. Wjechałem głębiej. Zatrzymałem się nad rzeką. Fajne miejsce. Na ławeczce siedziała babka i spytałem się czy można rozbić tu namiot. Powiedziała, że można. Ale ma znajomą, u której można w ogrodzie to zrobić. Zadzwoniła. Tamta zgodziła się. Poszliśmy razem. Bardzo blisko od zamku. Bzyka popchałem. Mały domek z ogródkiem. Ubikacja na dworze. Przywitałem się i rozpakowałem. Skuter stoi na podwórku. Namiot rozłożyłem w ogródku. Przebrałem się w krótkie spodenki. Upał, że nie można wytrzymać. Babcia poczęstowała kompotem i ciastkami. Posiedziałem. Odtajałem. Trochę porozmawialiśmy. Powiedziała gdzie sklep. Gdzie kościół.
Poszedłem.
Kupiłem dwa piwa po 0,37 łata. Kolesia z ochrony spytałem, jakie dobre i które pije. Popstrykałem kilka fotek. Dwa kościoły i stare zabudowania. Poszedłem na koncert koło zamku. Koncert zorganizowała jakaś partia. Są wybory z tego, co zrozumiałem. W całej Łotwie. Poszedłem nad rzekę obok. Miałem pomysł:) Wykąpałem się na golasa. Co za radość. Mówię Wam:) Umyłem się cały. Woda ciepła. Wypiłem piwko. Zadzwoniłem do mamy. Wróciłem na koncert. Nagrywałem kamerką, zdjęcia. Spotkałem grupę ludzi (Łotysze). Gadaliśmy. Poczęstowali mnie fikołkami. Dostałem numer telefonu do kolesia. Sania. Jak będę wracał mam zadzwonić i może mnie ugościć i przenocować. Podziękowałem i do babci.
Babcia poczęstowała mnie chłodnikiem. Pogadaliśmy o wszystkim. Teraz właśnie siedzę na pieńku w ogrodzie i piszę. Zostawiłem jej adres a ona dała swój.
Muszę teraz sprawdzić, co dalej. Jest fajnie. Trochę się wyluzowałem. Wcześniej martwiłem się o skuter. Muszę częściej dać mu wytchnąć. Teraz zerknę na dalszy plan. Chyba i tak jestem o jeden dzień do przodu. Więc spoko.
Godzina 21.11. Nawigacja to normalnie paranoja. Nic nie mogę dowiedzieć się. Albo jestem głupi. Lepsza pierwsza opcja:) Rundale pokazuje, że jestem tam:) Coś nacisnąłem nie tak. Muszę ludzi spytać na stacji. Bo chyba zatankuję rano. To jednak mój błąd. Nawigacja dobra.
Poniedziałek 16.08.2010
Wstałem o 6.00. Wysłałem sms do Roberta, że żyję. Bo pisał. Spakowałem się i w drogę. Pożegnałem babcię.
Pojechałem do Rundale według mapy.
Pałac. Byłem wcześnie. O 7.00. Park otwierali o 9.00. Znalazłem WC. To jest ważne miejsce:)
Poszedłem do parku. Wejście to 2 Łaty. Zdjęcia. Dużo ludzi pielęgnujących kwiatki. Potem do muzeum. Kupiłem bilet za 5,50 + 1 łat za foto. Przyłączyłem się do wycieczki greckiej. Pytałem faceta. On mówi, że grecy. Ale ja i tak poszedłem, żeby wszystko obejrzeć po kolei. Przewodnik ruska babka. Super pałac.
Skuter zostawiłem koło zabudowań. Chyba coś od muzeum.
Wróciłem do Bauski, zatankować. 95 E nie wiem, co to? Była jeszcze 95 Ultra. Chyba Ultra. Ciut tańsza ta, E.
Jestem w drodze do Jelgavy. Chyba ją odpuszczę. Jechałem i znowu skuter coś przerywa. Stanąłem, żeby odpoczął. Jelgawę odpuszczam. Bez sensu jechać taki kawał w bok. Jadę do Dobele.
Jest już 12.19. Słońce praży w ręce. Chyba się zjarałem. Zaraz odpalę. Zobaczę jak pójdzie jazda.
Jest 22.39. Leżę na sianku w stodole:) A zaczęło się to tak.
Po ostudzeniu skutera ubrałem polar. Żeby był długi rękaw. Chociaż słońce daje ostro. I dalej w drogę. Przegazowałem go i tak jakby przepchał śmieci. Bo to raczej paliwo.
Dojechałem do Dobele około 15.00. Zatrzymałem się na stacji. Stacje to mój drugi dom. Spytałem gdzie zamek. Niedaleko był. Ruiny faktycznie. Połaziłem i zrobiłem fotki.
Potem znowu na stację. Tam wcześniej widziałem warsztat. Pomyślałem, że może mają klucz, żeby kufer odkręcić. I mieli. Odkręciłem kufer. Pierwsze porządne grzebanie przy skuterze. Filtr tak jakby dobry. Dmuchałem. Świecę też odkręciłem i nawet spytałem się mechanika czy dobra. Dobra. Chociaż sam też widziałem, że dobra. Skręciłem wszystko do kupy. Poszedłem umyć ręce. Babka ze stacji dała mi klucz do łazienki. Umyłem też szybkę w kasku. Cała była od owadów. Zajęło mi to jakąś godzinę. Zapakowałem wszystko. Chciałem naładować baterie. Niestety nie działa ładowarka. Nie wiem, co się stało. Była dobra w domu. Adam sprawdzał. Nie mam pojęcia. Możliwe, że coś w kablu. Pewnie końcówka.
Ruszyłem do Saldus. Prawdę powiedziawszy nie wiem, o której byłem. Miasto. Nie ma gdzie przenocować. Spytałem się w sklepie gdzie można tanio zjeść. Babka wskazała miejsce. Elvi. Mała restauracja. Zjadłem frytki, kotlet schabowy, surówki, sok. Dawno tak nie jadłem:) Bardzo smaczne.
Zapomniałem! Miałem tak zwaną glebę. Wjeżdżając do Saldus zobaczyłem znak z napisem i chciałem zrobić zdjęcie. Był taki plac, parking. Zjeżdżając z drogi wjechałem na piach. Dobrze, że wolno. Już się rozluźniłem i ciach na prawą stronę. Poleciałem. To było tak szybko, że nawet nie zareagowałem. Obszorowałem, ale bardzo lekko kolano i bark prawy. Skuter też ma, bidula, szurnięcia. Zrobiłem zdjęcia "lakieru". Pierwsza gleba. Kiedyś musiała być. Teraz wiem jak to jest. Nie chciałbym upaść jadąc szybko.
Po obiedzie szukałem stacji. Znalazłem Neste. Tam wszystko automatycznie. Trzeba wrzucić minimum 5 łatów. To na jakieś 7 litrów. Gdzie ja to wleję? Facet wytłumaczył gdzie jest Statoil. Pojechałem. Tam wszystko już normalnie. Potem kierunek Liepaja. Zatankowałem 95 Ultima. Babka, która tankowała 95 E:) powiedział, że Ultima droższa, ale lepsza. Nie dużo droższa.
Jadę. Jadę a tu widzę chmurę i grzmoty słyszę. Do Liepaji 90 kilka kilometrów. Trzeba wiać w las i rozbić się. Zacząłem rozglądać się za jakąś dróżką do lasu. Jest. Są też zabudowania. Opuszczone. Można, ale.....Może ktoś w nocy przyjdzie, też się przespać. Spadam. Kawałek dalej widzę już zamieszkałe. Małe osiedle jak w "pipidowie" (moja żona wie, co to znaczy). Jak zobaczyłem kolesi w garażu to zwątpiłem. Młodzież. Coś kombinują w tym garażu. Pewnie rozbierają czyjeś auto. Lepiej też wiać. Jadę dalej. Może coś znajdę. Jest piaszczysta droga. Skręciłem. Są zabudowania. I widzę stodołę gdzie przed deszczem można skuter schować. Znalazłem babkę i faceta. Pozwolili. Tylko, żeby nie palić, bo sucho i już im jedna obora poszła z dymem. Nie ma sprawy.
Siedzę i palę. Przyjechało auto z młodą parą. Zagadałem, że gospodyni mi pozwoliła tu nocować. Pomyślałem, że to rodzina. Zgadłem. Jakaś ciężka rozmowa. Koleś myślał, że jestem rusek a on nie lubi ich. Powiedział mi potem. Mam niezły akcent:) Chociaż ma żonę z rodziny rosyjskiej. Okazali się bardzo fajni. Poczęstowany zostałem mlekiem krowim potem kozim. Dobre było. Gospodyni chciała mi dać jeść. Jajka i jeszcze pomidory i ogórki. Podziękowałem. Jestem jeszcze pełny od obiadu dobrego. W tym Elvi.
Potem zaczęła się burza. Jakie błyskawice. Olbrzymie. I deszcz. Siedzieliśmy w domu i rozmawialiśmy. Obiecałem zostawić adres lub mejla. Pojechali. Zostawili tylko swoją córkę u dziadków.
Dziadkowie mają pełno kotów. Były malutkie. Jamnik z małym jamnikiem i duży jakby owczarek. Podobno śpi w stodole. Wtedy będę miał towarzysza:) Negr się nazywa, bo czarny cały. Tak myślę.
No i tak się znalazłem w tej stodole. Pada cały czas, ale już mało. Oby jutro nie padało. Mówili, że tylko wieczorem pada. Już od kilku dni.
No i co? Można jeszcze zapalić. Mam parasol od gospodarzy. Wyjdę na zewnątrz puścić dymka.
Wtorek 17.08.2010
Zacznijmy od początku.
Wstać mi się nie chciało. Pogoda deszczowa. Z 6.00 na 7.00 zmieniłem budzik. W końcu wstałem. Umyłem się w domu. Żona poszła do pracy. Dziadek został i przyniósł mi mleko. Wypiłem ze swoimi bułkami. Dwoma.
Na skuterek i do Liepaji. Przyjechałem około 12.00. Skuter zostawiłem koło hotelu przy nabrzeżu. Tobołki w hotelu koło portierni. Dogadałem się. I nawet baterie podłączyła dziewczyna.
Poszedłem zwiedzać. Znalazłem Plac Różany. Jak w przewodniku pisali. Potem w sumie trzy kościoły. Anny, Świętej Trójcy i zapomniałem, ale mam zdjęcia kupione w dwóch kościołach. Potem się kapnę. W jednym zacząłem robić fotki i załamałem się. Aparat mój jest do bani. Lampa błyskowa nic nie pomaga. Nie oświetla. Makabra. Odechciało mi się zdjęć. Jeszcze na zewnątrz jakoś idzie, ale lampa się włącza. Nie wiem czy coś będzie z tego. Aśki aparat pełny. Dopiero potem przypomniałem, że jest jeszcze jedna mała karta. Mogłem wziąć do kościoła.
Połaziłem. Pokręciłem się jak gówno w przeręblu. Znalazłem jeszcze dom gdzie mieszkał Piotr I. Nic nie było opisane. Gliniarze wytłumaczyli mi jak trafić. I, że czarny dom. No i był. Zero tabliczki.
Wróciłem do hotelu. Pakowanie i wyjazd około 16.00. Do Kuldigi na wodospady.
Dojechałem dosyć szybko. Około 18.00.
Jeszcze jedno. Jak jechałem do Liepaji mijałem duże elektrownie wiatrowe. Robią wrażenie.
W Kuldidze dowiedziałem się gdzie jest wodospad. Jakoś trafiłem. Popatrzyłem, że to jakieś małe i pojechałem szukać dalej. Spytałem się babki. Okazało się, że to jest właśnie to:) Wróciłem. Nakręciłem filmik, fotki. Posiedziałem. Zjadłem bułkę z kwasem, który kupiłem na stacji przed Kuldigą. Dobry. Postanowiłem jechać do Ventspils. Po drodze najwyżej pojadę w las.
Była już 20.00 kiedy zauważyłem, że w bok wskazuje drogowskaz na pole namiotowe. Był to dobry pomysł. Super pomysł. Rozbiłem się tuż przy jeziorze. Poszedłem do łazienki. Wyprałem gacie i koszulkę. Trochę się umyłem. Zapłaciłem 2 łaty za nocleg. Muszę jeszcze się wykąpać w jeziorze, żeby jajka umyć:)
Obok Łotysze. Rodzina młoda z dwójką chłopaków. Poczęstowali mnie jabłkiem. Chłopaki przynieśli. Pogadaliśmy o mojej wyprawie. Spodobało się im. Bardzo fajni. Dałem im adres internetowy. Potem siedziałem na dworze przed namiotem, ale uciekłem. Miliony komarów. Zamknąłem się w namiocie. Dobrze, że leciały do światła. Do siatki. Wytłukłem je.
Cały czas żałuję, że tak mało czasu mam. Wszystkie miasta należałoby zwiedzać na spokojnie. Każde miasto ma swój urok i te kilka godzin na pstryknięcie zdjęć to jest nic. Po prostu zaliczenie. Żal mi też upadku. Chodzi mi bardziej o skuter. Przepraszałem skuterek:)
„Królik" przysłał sms z kciukami, ale nie odpisałem. Szkoda szmalu. Te łaty idą jak ciepłe bułki. Dzisiaj patrzę a tu koniec. W spodniach też nie ma. Na szczęście przypomniałem, że mam w dokumentach. A już myślałem, że będę musiał szukać banku.
W stodole gdzie nocowałem bardzo smakowało mi mleko. A tak, teraz przypomniałem:)
Skuter sprawuje się dobrze. Żeby nie zapeszyć tylko. Dzisiaj przed Kuldigą znowu wlałem 95 E. Ta gorsza. Innej nie mieli. Nawigacja bardzo pomaga podczas wyjazdu z miasta.
Idę zapalić. Nie chcę przeszkadzać łotewskiej rodzinie. Robią jedzonko. Jeszcze jak zobaczę jedzenie to zacznie ssać i co będzie? Można powiedzieć, że prawie nic nie jem. Dzisiaj na przykład: dwie bułki z Saldus, gryz chałki z "oszołoma" z Kowna. Jeszcze trzyma się ta chałka. Nawet świeża. Kwas. Jakaś woda. Teraz jabłko od nich. Aha. Kupiłem Snikersa. Jeszcze połowę mam (w Liepaji). Wczoraj wieczorem banan od syna gospodarza. Nie! No jakaś makabra! Schudnę już całkiem. Dobrze, że mam bagaż na skuterze. Inaczej zdmuchnęłaby mnie ciężarówka. Pije piwo z Saldus i idę zapalić. Uwaga na komary:)
Jest 22.53. Byłem się wykąpać. Nie chciałem, ale rodzinka widziałem, że poszła. Więc ja też. Kupą raźniej. Wiatr zimny a raczej cały wieczór. Ale woda ciepła. Umyłem się cały. Teraz zjem połowę Snikersa i lulu. Już nie mam fajek. Wstanę o 7.00.
Z Saldus miałem jechać do Kuldigi a potem do Liepaji. Ale zapomniałem. Jakoś tak wyszło. A właśnie, że nie. Teraz tak patrzę. Tak miało być. Z Liepaji jechałem przez Aizpute do Kuldigi. Chyba jestem senny i coś mi się pokręciło. Już nic więcej nie piszę.
Środa 18.08.2010
Siedzę w namiocie i jestem wkurzony. I znowu najchętniej wróciłbym już. A zaczęło się tak pięknie.
Z nad jeziora wyjechałem gdzieś o 8.00 z minutami. Pospałem do 7.00. Nie chciałem nikogo budzić pyrkaniem. Ale i tak od 6.00 to tylko leżałem i na trochę zasypiałem. Wstałem właśnie o 7.00. Złożyłem namiot. Niestety mokry, bo była wielka mgła i cała rosa osiadła na nim. Ciuchy oczywiście. Te, co prałem. Nie wyschły. Koszulka wisiała na krzakach a majtki na skuterze. Wsadziłem mokre rzeczy do siatki plastikowej. Spotkałem jeszcze tego gościa młodego z synem. Łaził gdzieś. Chyba łowił ryby czy zbierał grzyby. Mówił, że będzie na obiad, co jeść. No i pojechałem.
Do Ventspils trafiłem na 10.00. Zatrzymałem się przy sklepie gdzie kupiłem chleb, kiełbaski i fajki. Trochę podjadłem. Spytałem się babki za kasą czy mogę zostawić rzeczy? Najpierw się zgodziła a jak przyniosłem oprócz plecaka jeszcze karimatę, to już mówiła, że będą na nich krzyczeć. Był jeszcze ochroniarz, który plecak zaniósł gdzieś na zaplecze, nie wpuszczając mnie tam. Więc wszystko wziąłem i znowu do skutera. Obok był sklep obuwniczy gdzie bez problemu babka pozwoliła mi zostawić graty. Przebrałem się w spodenki na zapleczu. I do zwiedzania ruszyłem. Po drodze było studio Konici. Zostawiłem babce kartę, żeby na płytkę mi zgrała. Po drodze coś tam pstrykałem i pytając się znalazłem zamek. Kupiłem bilet i pstryknąłem dwa zdjęcia Aśki aparatem z małą kartą. I koniec:) Poleciałem do babki, która sprzedała mi bilet czy mnie wpuści jeszcze raz. Jasne. Można cały dzień tak wchodzić. Tak zrozumiałem.
Na dziedzińcu jeszcze. Rodzinka jakaś, zrobiła mi zdjęcie w dybach. Chyba dyby. Poleciałem po kartę do Konici. Już miała. Mówiła, że za godzinę zrzuci i były. Z kartą biegiem do zamku. Teraz już spokojnie pstrykałem. Różne stare rzeczy, wypchane zwierzęta i poroża.
Po zamku łaziłem po uliczkach. Idąc trafiłem na otwarte drzwi. Była tam gromadka ludzi i jakaś przewodniczka. Wlazłem. Okazało się, że jest to muzeum. Stara klasa. Jeszcze taka jak za cara. Uczyli się tutaj tylko "parol". Chyba chłopcy. Zapłaciłem i do klasy. Super. Wszystko po staremu. Babka jak nauczycielka kazała nam siedzieć jak należy. Opowiadała o szkole. Potem uczyła nas jak ładnie pisać. Pisałem na tabliczce takiej, jakąś cienką kredką. Ona na tablicy rysowała niebo i ziemię. Potem….ale już nie zrozumiałem. Potem wyszły z tego litery bardzo ładne. Mam chyba zdjęcia. Poleciała, bo miała jakiś Litwinów chyba umówionych. Jak tak można? A my pstrykaliśmy fotki i graliśmy na fisharmonii. Mam filmik. Spotkałem dziewczynę z chłopakiem. Jej babcia i chyba dziadek byli lub są jeszcze z Białorusi i zna od nich trochę polski. Fajna para. Po 20 lat gdzieś. Śmialiśmy się cały czas. Obok była pracownia tkacka. Tam też inna babka rozmawiała z dziewczyną, co i jak tu się robi. Przysłuchiwałem się. Jakieś mieli święto i z wyrobami i z flagą po mieście paradowali. Ona od 12 lat tka i jeszcze się uczy. Naprawdę trzeba wiedzieć jak tkać. Pełno ustrojstwa, które się ustawia. Jeszcze nas przebrali w staromodne ciuchy i zrobili zdjęcie, które facet przerobił na fotkę w starym stylu. Byłem jak Sherlock Holmes. 2 łaty zdjęcie. (fajki 1,35 łata Red&White). Wyszliśmy. Pożegnałem się z młodymi. Powiedziałem, żeby babcię od Polaka pozdrowiła:) Mogłem dać jej adres mejlowy. A nic to.

Poszedłem wziąć graty. Spakowałem się i dalej. I znowu żal, że tak krótko. W stronę Tukums. Myślałem, że nie wyjadę. Na Rygę droga zamknięta. Remontowali. Chyba ze trzy razy w kółko jeździłem. Spytałem się dwóch facetów o drogę. Poprowadzili mnie. Jechałem za ich dżipem. Potem pokazali, że dalej i pożegnaliśmy się. Są jeszcze dobrzy ludzie. Sami mówili, że nie tak łatwo wyjechać:)
Wybrałem się do Tukums około 15.00. Już było mało czasu na zwiedzanie, tam gdzie most tylko jest. Czyli w Kandavie. Nie pojechałem.
Jadąc do Tukums (chyba nie zrobiłem fotki znaku?) złapała mnie ogromna ulewa. Potęga. Powaga. Oberwanie chmury. Wcześniej na szczęście, przebrałem się w strój. Nawet na szyję założyłem kołnierzyk. Było zimno. Jadąc w wodzie, bo i na drodze było wody po kolana. Zobaczyłem przystanek autobusowy. Skuter zostawiłem obok a sam pod niego. Byli ludzie. No i stoję:) A tu po prostu ulewa. Ulica jak rzeka. Potem było tylko dwóch kolesi i dziewczyna. Reszta odjechała autobusem. Cwaniacy:) Wciągnąłem bzyka pod dach. Gadaliśmy nie rozumiejąc się:) Przyszedł gość, co znał ruski. Powiedział jak dojechać do zamku. Pytałem się o zamek a to pałacyk miał być. Ale trafiłem.
Po drodze, w sklepie z olejami, też pytałem o drogę, i przy okazji kupiłem olej do 2T. Już będę pewniejszy, że mam. Bałem się po tym, jak mi wypił całą butelkę.
Trafiłem do pałacyku. Tam za 2 łaty rozbiłem namiot i mogę się umyć. Facet mi pokazał gdzie. No i jadąc na polanę znowu.....gleba. Dlatego piszę na początku, że jestem wkurzony. Była trawa a obok piaszczysta dróżka. No i chciałem na nią wjechać. Tym razem lewa strona:) Co za debil ze mnie. To jest moment a uważałem. Podnoszę skuter. Jeszcze plecak mi trochę spadł. Lusterko odkręciło się. Klakson wyje. Tylko się rozglądałem czy ludzie widzą, bo to obciach. Na szczęście nie miałem wsadzonej nawigacji. Na polanie zobaczyłem, że jestem w kefirze. Zapomniałem o nim całkiem. Kupiłem go w Ventspils. Cały mały plecak do prania. Trochę herbaty wywaliłem. Reszta na szczęście ocalała. Wodą, którą miałem w butelce. Czysta woda. Tak na inne potrzeby. Jeszcze od babki gdzie jadłem dobry obiad. Umyłem czapkę, kiełbaski. Słownik, co wydrukowałem wywalam. Bez sensu. Trochę tylko się pobrudził. Ale wywalam i już. Spodnie tylko troszkę białe. Ale kurtka. Muszę ją umyć. Raczej jutro, bo teraz pada i nie chce mi się wychodzić. Biedny skuterek. Teraz z lewej ma sznyty. Ech.
Wszystko mokre. Namiot, śpiwór trochę, buty, plecak na dole. Ręcznik wilgotny. Najgorszy to deszcz. Jutro po południu znowu może być upał. To muszę to jakoś wysuszyć. Zobaczę.
Może znowu coś odpuszczę. Nie ma, co wariować. Jest naprawdę mało czasu na oglądanie. A kupę jazdy i to wolnej. Max 65 km/h. Oszczędzam skuter i paliwo i olej.
Teraz mnie boli lewe ramię.
Jest tu muzeum. Otwierają od 8.30.
Może będzie ładnie to coś podeschnie. Mały plecak przed namiotem moczy się. Kurtka trochę waniajet kefirem. W namiocie. Deszcz jakby przestał padać.
Bez sensu wziąłem słowniki, przybory do golenia.
Jest w tej chwili 22.49.

Jakieś pół godziny temu przyszedł koleś. Koleś z recepcji. I mówi, żebym spakował wszystko i ma pokój dla mnie. Ja, że nie trzeba. A on, że będzie padać. Idzie czarna chmura. I lepiej dla mnie. Mówił, że u nich teraz takie burze, że drzewa łamią się. Bardzo podziękowałem i szybko powrzucałem byle jak wszystko do plecaka. Zaprowadził mnie do pokoju. Ciepło jak cholera. Ale za to wszystko sobie ładnie wyschnie. Skuter i namiot wsadziliśmy do garażu. Wyprałem plecak i wywiesiłem na dworze. Na murze zahaczyłem wieszak. Przy schodach. Woda ścieka. Nie dało rady w pokoju. Kurtka i spodnie przemyte. Mokrą chusteczką. Jednak przydała się. Buty i sandały na szafce pod sufitem. Będzie tam cieplej. Wszystko rozłożyłem. Jutro trzeba będzie jakoś spakować się bez plecaka małego. Chyba, że go jeszcze później wezmę do pokoju. Nie chce mi się już myć, chociaż łazienka jest obok. Ramię trochę czuję i serce mnie boli. Nie wiem czy to z nerwów czy z gleby. Teraz tak pomyślałem, że chleb i bułka będą jak kamień przy tej temperaturze:) Dobrze, że mam wodę. Tuż nad skarpetkami zjarałem sobie nogi. Myślałem, że gdzieś skaleczyłem a to czerwone jak pomidor od słońca.
Czwartek 19.08.2010
20.38. Ichniego czasu oczywiście. Właśnie znowu siedzę w stodole a raczej jest to góra stodoły. Bo na dole garaż. Ale jest sianko. Posłanie całe od gospodarzy. Nakarmili mnie i napoili. Pogadaliśmy. Dzisiaj się nie przewróciłem:) Od dwóch dni leje deszcz. Prawie wszystko mam mokre. Chodzi o strój motocyklowy. Buty jak gąbka. Nasiąknięta gąbka. Jechałem z nogami w workach foliowych.
A było to tak.
Wstałem o 7.00 w tym gorącym pokoju. Przydał się, bo wszystko wyschło. Spakowałem się trochę. Umyłem. Poszedłem zwiedzać pałacyk. Fajny. Taki myśliwski trochę. Zbyt dużo tam nie było do oglądania, ale jak już byłem na miejscu.....

Jeszcze wczoraj nasmarowałem ramię i miejsce na sercu maścią. Boli jak się naprężam. Jednak to od upadku. Pomału przechodzi.
Po oglądnięciu pałacyku. Wyciągnąłem skuter i namiot. Namiot też suchy. Super. Załatwiłem worki foliowe. Duże czarne i małe na śmieci. Wszystko zapakowałem w worki. Do plecaka też w workach wsadziłem graty. Mały plecak trochę wysechł. Wziąłem go wieczorem do pokoju. Tu też mam wszystko zawinięte w worki. Nie wiem czy pisałem. Ale wieczorem. Jeszcze na polanie. Wywaliłem wydruk słownika łotewskiego.
Pojechałem. Nie padało jeszcze. Kierunek na Rygę. Niestety po drodze rozpadało się. Był duży deszcz. Pod kurtkę wciągnąłem polar no i woreczki na nogi:)
Rygę widziałem tylko przez zalaną szybkę od kasku. Tak miałem dość deszczu i wszystkiego, że odechciało mi się zwiedzania. Zresztą to jest na osobne zwiedzanie. Duże miasto. Korki. Pełno samochodów. Nie miałem szans przy tym wszystkim. Odpuściłem. Tylko na stacji wypiłem dwa kubki czekolady gorącej, bo się trzęsłem.
Wyjechałem z Rygi nawet nie wiem, o której.
Z pałacyku wyjechałem około 10.00.
Walę na Siguldę. Oczywiście w deszczu. Po drodze jakaś stacja gdzie byłem w kibelku, wypiłem herbatę i puree zalane wodą zjadłem. Smaczne. Coś w końcu ciepłego w brzuchu. To drugi już posiłek gorący na sześć dni jazdy:)

Trafiłem do Siguldy około 16.00-17.00. Po zaciągnięciu języka gdzie zamek. Pojechałem go zbadać. Nawet fajny. W miarę duży i trochę ruin. Były tam jeszcze inne obiekty na terenie, ale już było po 18.00 i zamknięto je. Skuter stał pod daszkiem koło sklepiku z pamiątkami. Jak się zbierałem podeszły do mnie dwie pary. Jedna dziewczyna była z Białorusi. Rozmawialiśmy. Zrobili sobie fotki ze mną. Na skuterze. Dałem kolesiowi namiar na siebie. Poszli sobie a ja znowu mokre rękawice wciągnąłem. Wyżymałem je, co jakiś czas:)
Było już późno. Jakoś tak 19.00. Waliłem na Cesis, ale pomyślałem, że trzeba gdzieś przenocować. Zaraz może być ciemno i dupa blada. Pada cały czas. Tyłek przemoczony. Patrzę jak to zwykle i szukam stodoły:) No i coś widzę. Skręciłem w piach i zajechałem na podwórko. Wyszli:) Gadka szmatka i znalazło się siano. Dostałem herbatę, ziemniaki z bigosem. Wystawili jeszcze chleb i do chleba. Ale już nie mogłem. Mokre ciuchy wiszą nad piecem. Wszystko koło pieca. Rękawice nawet w środku. W piekarniku. Buty na piecu schną. Coś zawsze podeschnie. Dostałem kołdrę, poduszkę, prześcieradło. Wymościłem siano i jest łoże. Wysłałem kilka sms. Tym razem też do „Królika”. Skuter stoi w garażu. Dostałem sweter i skarpety do spania nawet.

Powiem w zaufaniu, że zabytki przestają być dla mnie celem. Jak siedzę na skuterze i jadę. To jest to. Droga jest wciągająca. Mógłbym jechać i jechać. Tylko tankować i dalej. To jest niesamowite pokonywać tyle kilometrów. Jak narkotyk. Już nie przeżywam, że coś odpuszczam. Wiadomo szkoda trochę, ale to jest jak rekonesans, czujka. Potem można na spokojnie przyjechać i pooglądać. Fajne jest życie trampa.
Zaraz zerknę, co mam robić jutro. Jeszcze mi po głowie chodzi to Cesis. Muszę obliczyć, co i ile mi zajmie? Przez ten deszcz mało robię fotek po drodze i nie nagrywam filmików. Może teraz coś nagrać? Lepiej rano.
Jutro gdybym jechał do Ainazi to prawie 200 km. Osiem godzin jak nic. Cesis już nie dam rady zahaczyć. Bo według planu muszę być o 16.00 w Parnu. Czyli zostało Parnu.
Piątek 28.08.2010.

Wychodzi, że piątek. Bo faktycznie dokładnie nie wiem. Siedzę na ławeczce przy drodze do Parnu. Jadąc zauważyłem pełno ludzi i aut. Zawróciłem. Okazało się, że to taki jarmark ogórka. Tak przynajmniej jeden gość powiedział. Po rusku.
U rodzinki wstałem o 7.00. Trochę połaziłem. Powiesiłem wyprane ciuchy na sznurku. Jeszcze te znad jeziora. Bo elegancka pogoda rozpoczęła się. Słoneczko. Chce się żyć. Poszedłem oddać pościel. Dziadek zrobił mi jajecznicę i inne cuda. Kilka fotek. Zacząłem się pakować. Ciuchy suche. Buty tylko jeszcze w środku trzymają wodę. Nie chciało mi się w domu ich impregnować. Nałożyłem woreczki:) Wyjechałem około 8.30.
Przez Libanu i chyba Jale dotarłem do granicy. Po drodze. Tuż przed granicą spotkałem na motorze Tatianę i Jacka. Jacek czytał na Ścigaczu o mnie. Rozmawialiśmy przy papierosku na poboczu drogi. Fotki. Pojechali na Tallin. A ja do Parnu.

Jest teraz 14.35. Siedzę i piszę. Na scenie zaczęły panie śpiewać. Zaraz nakręcę. Trochę ciepło w spodniach. Woreczki ściągnąłem na jakiejś stacji.
Chciałem kupić ogórka skoro jarmark ogórkowy. Ze 100 koron nie miała pani wydać i dostałem ogórka w prezencie. No dobra:)
Nie mam pojęcia gdzie ten park, który chciałem zwiedzić i przenocować. Pojadę do Parnu i popstrykam zabytki. Trzeba je też znaleźć:) Potem zobaczę, co dalej? Gdzie spać?
Jest po 23.00. Leżę w namiocie na campingu. Jednak w Parnu. A było to tak.

Po ogórkowym jarmarku. Teraz wiem, że to święto narodowe Estonii było. Pojechałem do Parnu do centrum. Znalazłem centrum. Wjechałem na mały ryneczek jakby. Znalazłem punkt informacyjny i dostałem mapki z zabytkami. Co i gdzie. Chciałem na podwórko wstawić skuter, ale mieli tylko do 18.00 czynne i zamykali bramę. Dwa kroki za informacją grała kapela i dziewczyny tańczyły. Taka ekspresja. Pooglądałem. Filmik, fotki. Fajne nawet. Skuter postawiłem koło pizzerii a sam wlazłem do niej i spytałem się czy można czumadan zostawić. Dziewczyny tylko angielski znały, ale dogadaliśmy się i zostawiłem u nich bambetle. Poszedłem zwiedzać. Niestety w spodniach od motoru. Tyłek się zagrzał. Nogi też. Byłem mokry po paru krokach, ale cóż. Połaziłem po mieście. Coś znalazłem z tych zabytków. Trafiłem na chrzest w cerkwi. Potem nawet rozmawiałem z popem i mam fotki z nim. Rozmawialiśmy o tym, że trzeba się modlić i mieć boga w sercu. Przytakiwałem a co mi tam:)
Jeszcze łaziłem nad morzem. Duże plaże. Miasto faktycznie stworzone dla turystów. Tak jak było napisane w przewodniku. Nie mogłem znaleźć tego parku krajobrazowego i dlatego postanowiłem zwiedzić miasto.

Idąc ulicą zobaczyłem restaurację chińska. Byłem trochę głodny. Ale pomyślałem, że gdzie indziej może znajdę coś taniego. Mam przecież jeszcze kiełbaski:) Jednak zawróciłem ciekawy, co takiego serwują w takich restauracjach. Nawet w Polsce nie odwiedziłem takiej restauracji:) Długo z babką omawialiśmy, co chcę. Wreszcie miał być ryż, jakiś kurczak w kawałkach i zrozumiałem, że jeszcze jakiś kurczak i sok. Sam już zresztą nie wiedziałem, co dostanę. Stoły były też na ulicy, więc tam usiadłem, bo w galotach był pożar. Babka wyniosła dwa półmiski pełne żarcia. Rany! Przecież ja to miałbym na tydzień:) Zjadłem połowę ryżu i połowę tego drugiego. Siedziałem pijąc sok i paląc. Obok przysiedli się Estończycy z małą córką. Zacząłem robić jej zdjęcia. Lubię fotki z dzieciakami. Wychodzą fajnie. No i tak gadu gadu z nimi i z małą, którą zupełnie nie rozumiałem. Dałem im swój namiar. Zresztą facet był w Polsce w kilku miastach. Powiedział, że napisze a ja wyśle fotki.
Widziałem napis, że gdzieś za 200 metrów jest internet. Już planowałem, co napiszę, ale go nie znalazłem.

Była już 19.00 A pizzeria otwarta do 20.00. Więc curik na zad. Wziąłem tobołki. Kilka fotek z dziewczynami. Pokażę chłopakom z pracy. Zostawiłem namiar. Usiadłem obok na krzesełku pod parasolami i zastanawiałem się, co dalej? Ściągnąłem buty, skarpety i przebrałem spodnie. Nie zwracając uwagi na siedzące babcie. Rany jak dobrze. Na mapce z informacji zobaczyłem, że jest camping. Może tam przenocować? No dobra. Na skuter i do szukania ulic. Ciężka sprawa. Stoję koło krawężnika i patrzę na mapkę jak sroka w gnat. Raptem podjeżdża dżip. Myślałem, że ruscy chcą mnie napaść. Czego szukam po rusku pyta gość? Ja, że campingu. Wziął mapkę i mówi: „ Dawaj za mną”. Było bardzo blisko. Podziękowałem mu i do recepcji. Za jedną noc, i że skuter mały, 120 koron. W tym WC, prysznic. Wszystko super. Stoją domki na kółkach, motory. Niemcy i inni. Zapłaciłem i wjeżdżam na upatrzone miejsce gdzie jeszcze jest słońce. Myślałem o mokrych ciuchach. Jadę a po drugiej stronie płotu koleś jakiś macha. I kto to? Jacek. Ten sam, co po drodze spotkałem. Co za świat?! Zawróciłem i obok nich rozłożyłem namiot. I wykrakaliśmy, że spotkamy się jeszcze. No i tak sobie siedzieliśmy i gadaliśmy o wszystkim. Co, kto przeżył? Jakie miał wrażenia? Śmieliśmy się z tego jak on czytał na Ścigaczu o mojej wyprawie. Nabijali się, że jakiś wariat jedzie na skuterze:)
Tatiana jest z Białorusi. Studiuje w Warszawie. Znają się od kilku miesięcy. To widać:) Jacek jest strażakiem. Poczęstował mnie fikołkiem. Potem poszliśmy kupić piwo. Piwo 25 koron. LM 34 korony. Ciężko jest przestawić się z łatów na korony. Łaty – małe ceny a korony w stówach. Za fajki 1,35 łata a tu 34 korony. Siedząc usłyszeliśmy grzmot i Tatiana widziała błyski. Mamy nadzieję, że nie będzie jednak padało. Mają być dwa dni upalne. Też tak słyszeli. Ja się pytałem na jakiejś stacji na Łotwie i gdzieś jeszcze.
Wieczór jest chłodny. Wciągnąłem podkolanówki i długie spodnie. Ciuchy wisiały na sznurku koło płotu, ale ściągnąłem na wszelki wypadek. Skarpety waniają w namiocie. Trochę się zgrzały w woreczkach w czasie jazdy:) Podjadłem kiełbaski. Trzeba je szamać, żeby się nie zepsuły. Dzień był pełen żarcia. Zapomniałbym. Jak w tej chińskiej restauracji babka podeszła spytać się czy może zabrać jedzenie i czy smakowało? Powiedziałem, że nie sądziłem, że tak dużo tego będzie. Zaproponowała, że zapakuje. Ucieszyłem się, bo sam o tym myślałem, ale wstydziłem się spytać. Dodała nawet pałeczki i chusteczkę a raczej serwetkę. Wszystko w pojemnik i w torbę plastikową. Rewelacja.
Rany. Czuję swoje skarpety.
Jutro rano wstanę i wezmę prysznic. Może ogolę się i wypiorę te skarpety? No! Zjadłem kiełbaski. Jeszcze mam chleb i bułkę z Kowna. Są miękkie. Poważnie. Czarny chleb jest smaczny. Mam jeszcze jedno piwo. Hmmm. Wypić?

Śmialiśmy się z Jackiem i Tatianą, że oni będą świadkami, że tu dojechałem:)
Jutro walę na wyspy. Tatiana i Jacek byli u tutejszych strażaków. Tam ktoś powiedział, że prom to 100 koron w jedną stronę. Może być droga przeprawa. Ale muszę tam być. Nie ma wyjścia.
Sobota 21.08.2010
Jest sobota. Gdzieś 20.00. Wstałem dzisiaj o 7.00. Poszedłem wykąpać się. Prysznic jak ta lala. Para jeszcze spała. Pomału, żeby ich nie budzić zacząłem się pakować. Wstali chyba po 8.00. Jeszcze rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Bardzo sympatyczni. Z samego rana wyszło słońce i pomyślałem, że będzie super. Chciałem jechać w krótkich spodenkach. Prawie przed wyjazdem zaczęły się chmury i wiał zimny wiatr. Musiałem ubrać cały rynsztunek. Ja jadę według swojego plany, czyli na wyspy. Oni zostawiają namiot i walą do Tallina. Potem wracają po rzeczy i chyba do Polski. Tatiana wyjeżdża na cztery miesiące na studia, na Maltę. Też bym chciał tak studiować.
Pożegnaliśmy się. Ruszyłem. Nawigacja poprowadziła mnie elegancko przez miasto. Był zakaz wjazdu na jednej ulicy. Roboty drogowe. Ale wjechałem. Spoko. Przejechałem i już prawie na trasie.
Jadę na Ligulę. No i jechałem.
Pogoda popsuła się. Wiatr. Deszczu jeszcze nie było. Na trasie znalazłem drogowskaz na Virtsu. Więc nie musiałem robić dłuższej trasy. W Virtsu jest już prom.

Przyjechałem. Kilka fotek wjazdu na prom. Bilet za mnie i skuter 75 koron. Dobrze trafiłem, bo za pięć minut miał wypływać. Zadokowałem się. Skuter został z autami a ja na górę. Wlazłem na pokład. Fotki. Ktoś mi zrobił fotki. Poprosiłem o to. Popatrzyłem sobie jak płynie prom i zszedłem na pokład niżej. A tam wszystko. Sklepy, restauracje. Małe miasteczko na wodzie.
Przygotowałem się na dłuższe żeglowanie a nie minęło dwadzieścia minut i już byłem na wyspie. Na skuterek. Wyjechaliśmy. Papierosek. Gdzie jesteśmy? Trzeba luknąć. Co, gdzie zobaczyć i gaz do dechy:) Na miejscu byłem chyba o 12.00. Czyli o wiele wcześniej niż planowałem.
Znalazłem Kugavę. Skansen. Bardzo stare zabudowania pokryte strzechą. Fotki. Trochę połaziłem, ale wszystkiego i tak nie obszedłem. Obok skansen, w takich samych domach. Mieszkali ludzie.

Acha! Wcześniej jadąc trafiłem na jakiś bieg. Zatrzymałem się i biegaczom pstryknąłem foto. Był tam punk informacyjny. Jakoś dogadałem się z dziewczyną. Rysując na kartce a ona tłumacząc na kompie – translator. Według jej mapki zacząłem jechać. Przed skansenem trafiłem na stary kościół. Był tam człowiek, który wszystko mi opowiedział. Jak odbudowywali, co jest, co? I takie tam. Nawet pokazał, za drzwiami zamkniętymi dla odwiedzających, kamień. Kamień wmurowany w mur. Jeszcze z czasów Wikingów. Wpisałem się do księgi.
Szukałem wiatraków. Miało być jakieś muzeum, ale nic nie było. Może źle szukałem, ale po drodze było kilka starych wiatraków.
Ruszyłem do swojego noclegu. Kuressaare. Pogoda padła. Deszcz był. Dobrze, że mały. Machałem do motocyklistów. Gnoje nie odpowiadają. Teraz mam ich wszystkich gdzieś. Droga wlokła się okropnie. Ale to chyba, dlatego, że miałem resztki benzyny. Nie chciało mi się napoczynać mojego kanistra, więc jechałem 60 km/h, żeby mniej palił. Wreszcie dojechałem i była stacja. Udało się:) Normalnie resztkami paliwa.

Po zatankowaniu, jadąc ulicą, zobaczyłem Maxima. No to zakupy: bułki, jogurt, kiełbaski, (O kurcze! Muszę je wyjąć z worka), woda, słodycze. Zjadłem na miejscu trochę. Spytałem się Łotyszy. Przyjezdnych. Młodzi, ale gadali po rusku, gdzie zamek? Niedaleko. No to jadę. Faktycznie był. Znalazłem obok podwórko gdzie gościa spytałem czy mogę postawić skuter. Zgodził się. No to ja dalej. A może pałatkę można postawić? Też się zgodził. Super. Zostawiłem bzyka i na zamek. W kasie załatwiłem włączenie baterii do kontaktu. I zwiedzanie.
Bardzo fajne, różne rzeczy. Latałem jak głupi. Tylko fotki i dalej. Trochę bez sensu. Śpieszyłem się, żeby jeszcze gdzieś zdjęcia z karty zrzucić. Baterie zostały do jutra. Otwierają zamek o 10.00. Więc odbiorę rano. Poszedłem do miasta. Pytając się o foto uzmysłowiłem sobie, że jest sobota i do tego 18.00. Wszystko już zamknięte.
Trafiłem na cerkiew. Fotki, coś kupiłem. Oczywiście pogaduszki z babciami.
Łażąc po mieście trafiłem na grupę rowerzystów. Coś mi wleciało w ucho, że mówią po polsku. No i tak było. Są z Łodzi. Od chyba miesiąca jeżdżą. Zarąbiście. Mają samochód. Więc przemieszczają się autem a potem na rowery. Wymieniłem się z dziewczyną na mejle. Z dziewczyną. Wiem co robię:) Fotki. Rozstaliśmy się. Jeszcze usiadłem przy jakimś pomniku na fajeczkę. Była 19.00. Polazłem na podwórko, żeby się rozbić.

No i teraz siedzę już w namiocie. Mam mokre gacie, bo łaziłem w motocyklowych. Skarpety i podmajtki, które prałem na campingu, wiszą na sznurkach. Gdzie wieszają ludzie pranie. Czy one kiedyś wyschną? Otworzyłem piwko, które w końcu nie wypiłem wczoraj i jest gicio. Trochę szkoda, że dopiero od 10.00 ten zamek otwierają, ale to nic.
Jutro mam jakiś park zobaczyć, wiatraki i chyba prom na następną wyspę.
Gorzej jak mi się zachce…..kupkę. Trzeba luknąć gdzie można zrobić. Siusiu to mam patent. Mam pustą butelkę po wodzie. A po piwie pewnie będę chciał:)
Teraz tak patrzę na jutrzejszy plan i zmieniam go. Ze względu na baterie będzie późny wyjazd. Tak, więc park idzie w odstawkę. Jadę, po odebraniu baterii, do Leisi. Po drodze wiatraki. Potem prom. Ci z Łodzi mówili, że prom kursuje tylko trzy razy na dzień. Jutro jeszcze spytam w informacji, w jakich godzinach pływa. Wiem gdzie jest info.
Czyli znowu mała zmiana. Podyktowana czasem. Nic nie szkodzi. Jak skuterem tu dojechałem to autem można szybciej i wszystko na spokojnie obejrzeć kiedyś. Może kiedyś?
Ale mi się dzisiaj na campingu źle spało. Nie ma to jak sianko. Jeszcze mnie boli lewa strona po upadku. Mam nadzieję, że nie ma złamania. Pewnie więcej by bolało.
Chodząc po mieście spotkałem Polki z Łotwy. Porozmawialiśmy przez minutkę. Śpiewały w chórze. Szkoda, że nie dałem adresu. Fajne babki. Potem jeszcze na zamku spotkaliśmy się. Pytały czy znalazłem nocleg.
Właśnie trochę zjadłem swojej chińszczyzny na wynos:)
Niedziela 22.08.2010
Wyrwałem kartkę dziewczynie z zeszytu.
Jest 22.30. Mam własny pokój z łóżkiem i czystą pościelą:) Niesamowite.
Ale jak zwykle zacznę od początku.
Na podwórku wstałem o 7.00. Miałem czas do 10.00. Aż otworzą zamek z moimi bateriami. Pomału pakowałem się, żeby namiot wysechł do końca i ciuchy na sznurku, które prałem na campingu. Powtarzam się:)

Siedząc i myśląc o niebieskich migdałach zacząłem rozmowę a właściwie to ten człowiek zaczął. Pan, który później powiedział, że ma 65 lat i jest na emeryturze a był majorem w wojsku. Siedzieliśmy tak rozmawiając. Spytał się czy coś chcę pić. Ja oczywiście, że nie. Odparłem. Ale i tak przyniósł kawę i kanapki. Nie mógł mnie zaprosić do domu, bo robił remont generalny w łazience. No i tak sobie dyskutowaliśmy. Opowiadał mi legendę na temat jeziora Kalii. Że jakiś bóg chciał za żonę ładną ziemską dziewczynę, ale ona go nie chciała. Ale i tak ja wziął. A jeszcze większy bóg rozłościł się i czymś gwizdnął w ziemię i zrobiła się dziura. Dziewczyna natomiast ze swojego nieszczęścia napłakała do dziury łzy. I powstało jezior. Oczywiście to legenda.
O 10.00 ruszyłem, po pożegnaniu i wymianie adresów, do zamku. Tam na chwilkę tylko.
Teraz zacząłem szukać miejsca gdzie można zgrać zdjęcia na płytkę. Wszystko zamknięte. W info też babka sprawdzała. Dowiedziałem się, że prom faktycznie jest o 19.30. Faktycznie, bo ci ludzie z Łodzi tak mówili.
Pojechałem do Leisi. Prawie. Nie miałbym miejsca w Asi aparacie a swoim nie chcę robić zdjęć. Wróciłem do majora. Miał laptopa i w jego aucie staraliśmy się przegrać fotki. Po kilku próbach udało się. Odetchnąłem.
I teraz już pojechałem:) Wyruszyłem około 12.00. Czyli pół dnia do tyłu. Raz wiaterek raz deszczyk, ale mały a raz słońce. Trafiłem na drogowskaz do jeziora z legendy majora. Jezioro prawdę powiedziawszy powstało dzięki uderzeniu meteorytu. Myślałem, że będzie większe, ale i tak ciekawe miejsce. Naprawdę wszystko wskazuje na meteoryt.
Dalej ruszyłem. Dojechałem do muzeum wiatraków. Połaziłem, fotki. Rozmowa z babką, która jakby pilnuje tego wszystkiego. Zastanawiałem się wcześniej, co budują koło wiatraków. Wyjaśniła mi, że będzie to takie centrum kultury. Jakieś rękodzieła i historia Estonii. Pieniądze biorą z Unii na cały plan. Restaurują też wiatraki.
Dojechałem nad morze gdzie odpływa prom. Była jakoś tak 16.00 a może wcześniej, bo pisałem do Jany, że mam cztery godziny czekania. Wróciłem, bo blisko, do Leisi. Do sklepu. Kupiłem piwo Saku. To będzie moje piwo w Estonii. Już z Jackiem piliśmy to Saku. Wróciłem na przystań. Usiadłem. Przebrałem się. Zrobiłem mały piknik. Jadłem i piłem piwko. Zaczęło padać. Stały takie malutkie domki z gankami. Na jednym był nawet fotel biurowy. Wlazłem na ganek. Ciuchy obok, żeby nie mokły. Tylko biedny skuterek stał na dworze. I tak sobie siedziałem. Obok stały żaglówki. Jedną myła para. Właśnie babka nalewała wody do wiadra z węża. Pomyślałem, że można ogolić się. Wziąłem kubek i od babki nalałem wody. Przybory na wierzch i przy pomocy lusterka bocznego ogoliłem się. Maszynka już tępa. Ledwo udało się. Potem poszedłem do budynku jakiegoś od promu. Bo wcześniej jak tam zaglądałem myśląc, że to kasa, zobaczyłem WC. Okazało się, że mogłem tu się ogolić. Była umywalka i lustro. Nic to.
Przypłynął prom. Wjechałem. Jeden z pracujących ludzi na promie powiedział chyba po rusku, bo tak zrozumiałem, żebym nie wyjeżdżał za dach, bo może padać. No i tak trochę pogadaliśmy. Po rusku. Kupiłem bilet w barze. Były dwie babki. Dogadaliśmy się, że skuter to nie motor, więc zapłacę 50 a nie 75 koron. Podpowiedział siedzący pan koło baru, że to motoroller. Ja mówiłem babce, że to malieńkij motor:)
Siedziałem. Kilka fotek. Potem spać mi się zachciało i wygodnie rozłożyłem się na siedzeniu, zamykając oczy. Na dworze zrobiła się burza i lał deszcz. Przekichane pomyślałem.
Płynęliśmy godzinę. Nawet szybko zleciało. Jak wszyscy wyjeżdżali z promu, kiedy dobiliśmy do brzegu, znowu lunęło. Ale dosłownie na dwie minuty. Trochę się przestraszyłem. Pomyślałem, że na wyspach będzie lało. Znowu z gościem, tym samym, rozmawiałem. Spytałem się czy mogę zanocować na promie skoro to koniec na dzisiaj kursowania. Ale kapitan podobno straszny i nie da rady. Więc ruszyłem a robiło się już ciemno. Wiał mocny wiatr. Musiałem coś wykombinować. Sklep. Wlazłem. Piwo, chleb i rozmowa z gościem gdzie można namiot rozłożyć. Mówi, że nad morzem. Tam wszyscy to robią. Nikt nie będzie krzyczał. Taa jasne. Wiatr, deszcz i nad morzem. Zacząłem się rozglądać za miejscem. Stały ładne domki jakby do wynajęcia. Spytałem się sprzedawczyni czy tam można. Wskazała właścicielki dom. Podjechałem. Okazało się, że to żona tego gościa, co mnie nad morze wysyłał. Namiotu nie można, bo nie mają na zewnątrz WC. Tylko domki mają. A domek 300 koron. Podziękowałem mówiąc, że to za dużo dla mnie. Już chciałem jechać pod prom. Bo mówiła, że tam jakieś muzeum, że tam można. Patrzę. Po drugiej stronie stoi chata i stodoła. Wjechałem na podwórko. Wyszła babka. Moje podstawowe pytanie. Czy można namiot rozbić? Mówi, że można gdzie chcę. A ja, że może być stodoła. Pokazała, że jest mało miejsca. Dla mnie bomba. Pierwsza klasa. Mogę tutaj. No dobra. Poszła. Już ściągam kask a ona wraca i mówi, że da mi pokój. Nie, ja dziękuję. Chodź, chodź. No dobra. Długo się nie opierałem. Skuter do jakiejś szopy. Zrobiła miejsce. A mnie do domu. Okazało się, że ta druga babka w barze na promie to ona. Nie zapamiętałem jej, bo tylko z jedną rozmawiałem:) No i mam pokój jej córki. Córka poszła spać do niej na dół. Zrobiła herbatę z jaśminu. Ale spróbowaliśmy wszyscy i okazała się do wylania. Więc druga. Była to polska herbata. Jakaś zapachowa jak ja to mówię. Tym razem dało się wypić. Pogadaliśmy. W necie pokazałem jej moją stronkę i zapisałem mejla. Zapaliłem i polazłem do pokoju. Kalendarz został przy skuterze w plecaku. Znalazłem jakiś zeszyt czysty i długopis na stole i dlatego pisałem na początku, że wyrwałem kartkę.
Dobra idę spać. Już późno. Ale jestem farciarz:)
Poniedziałek 23.08.2010.
Nie chce mi się wierzyć, że poniedziałek. Muszę sprawdzić w telefonie. A jednak. Myślałem, że wtorek.
Można powiedzieć, że dzisiaj rano wymknąłem się cichaczem od babki z promu.
Wstałem o 7.00. Wszyscy jeszcze spali. Szybko mi poszło zebranie się. Całkiem inaczej, niż kiedy trzeba namiot składać. Złożyłem pościel na kupkę, wyciągnąłem bzyka. Strój i jazda. Było ładnie, ale chłodno. Jechałem czy też raczej wspinałem się. Cały czas pod górkę. Do latarni morskiej. To jest najwyższy punkt na wyspie. Dojechałem przed 9.00. Myśląc, że morze jest niedaleko, poszedłem drogą do lasu. Idę, idę a morza nie widać ani nie słychać. Trafiłem na a la żwirownię. A la, bo to były kamienie. Czyli co, kamieniołom? Do końca to on moim zdaniem nie był kamieniołomem.
Cały czas jadąc i teraz idąc, spotykałem znaki rowerowe. Naokoło wyspy jest ścieżka rowerowa.
Jak wróciłem, nie widząc morza to przebrałem się w lekkie ubranko i zaraz otworzyli latarnię. Bilet 20 koron. Polazłem na górę. Fajny widok. Kilka fotek, ale złaziłem zaraz, bo zimno. Schodząc po schodach zauważyłem malutkie drzwiczki, jak na listy. W ścianie. Otworzyłem. A tam gniazdo gołębi. Dwa malutkie jeszcze ślepe gołąbki a obok skorupki po ich byłych domkach. Jak zszedłem powiedziałem o moim odkryciu babce, co sprzedawała bilety. Mówiła, że mają problem z gołębiami.
W ubikacji umyłem się trochę. Coś tam kupiłem a potem znowu ciuchy i na skuter. Nie spieszyłem się. Jechałem 60 km/h. Zresztą znowu miałem paliwa mało i oszczędzałem. Stacje tylko w większych miejscowościach. Po drodze ani żywego ducha. Super drogi a po obydwu stronach pola albo las. Jak są domki to małe, drewniane. Ta od promu mówiła, że nawet domu nie zamyka. Wszyscy się znają. I nie ma takiej potrzeby. Zero płotu. Auto stoi koło drogi. Jak nie u nas:)
Dojechałem do Kardli. Tam zatankowałem prawie pięć litrów:) 4,75 litra chyba było. Miałem sprawdzić jak mi pali. Na liczniku miałem 6909 km. Zobaczę ile przejadę. Jeżeli nie zapomnę.
Dalej na prom. Już było niedaleko. Jak przyjechałem to już była mała kolejka. Bilet 65 koron i w kolejkę. Odpływałem o 12.30. Pokierowali mnie w ustronne miejsce. Nie tam gdzie samochody. Polazłem na górę. Ładny, duży prom. Stołówka a raczej bar, sklepy. Prawie taki prom jak na Saaremaa. Kupiłem ciastka za 25 koron. Trochę fotek, filmik. Potem mnie zmuliło i pół leżąc drzemałem. Płynęliśmy 2,5 godziny. Jak już wyjeżdżałem zaczepił mnie Estończyk na motorze i wypytywał jak mi się tym małym bzykiem jedzie? Elegancko, oczywiście. Wyjechaliśmy na brzeg i dałem mu namiar na siebie.
Haapsalu. Zostawiłem skuter na małym parkingu a ciuchy w sklepie z pokarmem dla zwierząt. Znalazłem zamek. Łaziłem, ale wydawał mi się trochę betonowy. Tak jakoś odrestaurowany a raczej, żeby po prostu wszystko trzymało się kupy. Kupiłem pocztówki. Jest tu jakaś legenda o białej damie. Trzeba sprawdzić w domu w necie.
No i miałem jechać dalej do Paldiski, ale czy warto było? Tam miał być tylko nocleg. Następnym miejscem Tallin.
Zacząłem szukać coś w mieście. Ta od pokarmu powiedziała, że w gorodzie to nic. Chodziło mi o spanie. Tylko w las. Ehe. Ja nie znajdę? Jadę pomału a tu widzę morze i promenadę. Tuż obok stoją małe domki. Patrzę. Jest jeden z ogrodem. Wymarzone miejsce. Wszedłem. Babka w ogrodzie piele. Gadu gadu. Musi tylko jeszcze męża spytać. Wcale się nie dziwię. Też bym jej pilnował:) Przyjechał zaraz na rowerze. Jest pozwolenie. On nie gada po rusku. Zacząłem się rozbijać. Wszystko stoi. Wcześniej widziałem pizzerię i tak mi się zachciało pizzy, że poszedłem kupić. Zamówiłem średnią. Babka mi wybrała, że taką a taką turyści biorą i zachwalają. Niech będzie. Wziąłem piwko jeszcze. Zgadnijcie, jakie? Saku Original (blue). Wszystko 114 koron. Siedzę w takim ogródku. Przynieśli. Ledwo zjadłem połowę. Idę do dziewczyn i mówię: box i wszystko jasne:). Zapakowane i przyniosłem do namiotu. Poleciałem dalej.
O rany. Zapomniałbym. Idąc na pizzę spotkałem kolesia z bandy z Łodzi. Chwilę pogadaliśmy. On był tu a reszta gdzieś w porcie. Potem kręciłem się po mieście i promenadzie. O 19.00 zrobiło się chłodno, bo ja w krótkim rękawku i spodenkach. Wróciłem do namiotu, trochę pogryzmolić te właśnie słowa. Jeszcze mam piwko, pół pizzy i kiełbaski. No i ciasteczka. Boli mnie lewa strona i w pasie jak prostuję się i jakby żebra jak kicham. Jak kicham to ledwo żyję. Jak leżę na wznak i mam się podnieść to jest też problem. Może coś jednak złamałem? Jak upadłem to nic nie czułem a teraz trochę to przeszkadza. Nie mogę normalnie spać na brzuchu. Tak jak lubię. Tylko prawy bok.
Jednak Saku z butelki lepiej smakuje niż ze szklanki, jak w pizzerii. Otworzyłem, nie wytrzymałem.
Robi się naprawdę chłodno. Muszę polar wciągnąć. Szkoda, że nie mam dżinsów. Ale nie chce mi się iść do skutera.
Jutro Tallin. Wstanę o 6.00. Wyjazd o 7.00. Jazda jakieś cztery godziny liczę. Więc 11.00 na miejscu. Może w końcu zobaczę jakąś stolicę. Ryga niestety odpadła z powodu deszczu. Aura. Ładuję baterie u tych ludzi w….. Zaraz na zewnątrz jest zejście do piwnicy i zaraz za drzwiami kontakt. Więc spoko. Znowu będę miał full wypas. Na karcie Asi jeszcze jakieś pięćset zdjęć. Elegancko. Potem będę kombinował znowu zrzucić.
To tak ciągnie od morza czy też zatoki raczej. Muszę schować buty do namiotu. Mam trochę czarne pazury u rąk. Chętnie wskoczyłbym pod prysznic jak na campingu.
Już zostało mało miejsc do zobaczenia. Teraz w większości to będzie jazda. I bardzo dobrze. Trochę się nabiegałem, żeby coś zobaczyć. Mam tego dość. Chcę teraz po prostu połazić, posiedzieć. Odpocząć.
Pizza mi pachnie. Trochę ugryzę.
Jest 20.19. Chyba jeszcze tak wcześnie nie leżałem w namiocie.
Wtorek 24.08.2010
Wczoraj jeszcze wieczorem popijałem piwko, które i tak nie skończyłem. Zmuliłem się. Potem wlazłem do śpiwora. Była 00.30.
Dzisiaj miałem wstać o 6.00. I wstałem. Tylko, że padał deszcz. Leżałem i czekałem na lepszą pogodę. Nie mogłem się doczekać i drzemałem. Około 9.00 przestało padać. Szybko zerwałem się na nogi i zacząłem się pakować. Chciałem złożyć namiot jak nie pada. Nawet się udało. Z tym, że namiot i tak był mokry od wcześniej padającego deszczu:) Chciałem się pożegnać i podziękować, ale nikogo nie było. Może poszli do pracy? Wydaje mi się, że wynajmują pokoje. Wszedłem, żeby poszukać kosza na śmieci. Widziałem remont. A wczoraj kręcili się różni ludzie i stało kilka aut.
Na skuterek i pojechałem. Kierunek Tallin. Nie trzeba dużo zgadywać, żeby wpaść na pomysł. Pomysł był taki, żeby padał deszcz. I padał. Jak wjechałem na jakąś stację, żeby zatankować to lunęło z nieba. Dobrze, że nie jechałem akurat. Znowu wypiłem dwie czekolady w tym jedną inną. Podkusiło mnie nacisnąć inny guzik. Chociaż też było napisane kakao, ale jakoś dłużej. Było chyba z odrobiną mięty. Jakoś dałem radę wypić. Czekałem aż trochę uspokoi się deszcz. Jak już nie padało ruszyłem.
Nawet mi przez myśl nie przeszło, żeby zwiedzać Tallin. Widocznie tak ma być. Wszystko przez deszcz.
Pojechałem zobaczyć wykopaliska z epoki brązu. Dojechałem. Najpierw znalazłem kościół, który jest opisany w przewodniku. Ale jakoś tak wyszło, że nie pstryknąłem żadnego zdjęcia. Po zaciągnięciu języka znalazłem wykopaliska i muzeum. Muzeum to bardzo duże słowo w tym przypadku. Domek mały a w nim tylko dwa pokoiki. Gdzie kilka oryginalnych rzeczy było. Reszta to pic na wodę. Na zewnątrz groby. Musieli je przenieść, bo budowali drogę. I zrobili to kilkanaście metrów w bok. Nakręciłem filmik i coś tam pogadałem sam do siebie.
Dalej miał być wodospad, ale przejechałem tę miejscowość i nie zauważyłem, żeby był jakiś znak. Trudno.
Trzeba było się wykazać. Pojechałem do głazu narzutowego. Trochę to trwało, ale znalazłem. Wielkie bydle. Fotki. Wracam do skutera. Chcę nawigację wsadzić a gdzie ona? Curik pod głaz. Dobrze, że to kilka kroków. Zrobiło mi się ciepło. Jak zgubię GPS to koniec. Zgubię się i na dodatek szmal. Ale spoko. Był tam gdzie siusiałem:) Podnosiłem kurtkę i nawet nie słyszałem jak upadł na trawę. Szczęśliwy wracam do skutera.
Kierunek Rakvere. Już była 17.30. Więc gaz i do przodu. Fajna trasa. Boczna droga, ale dobra. Zakręty. Super się jedzie. Ćwiczę wchodzenie w zakręty, kładąc się na boki. Z jednej i drugiej strony jakieś zabudowania. I tak zrobiła się 19.00. Do punktu docelowego to jeszcze z50 kilometrów było. Co robić? Szukam miejsca. I tak wypatrzyłem jakiś pałacyk koło dosłownie drogi. Po drugiej stronie parking, sklep. No to na parking. W sklepie spytałem czy można obok na polu rozbić się. Można. Jeden gość mi pomógł. Bo baba mówi, że można po rusku mówić a oczy jak złotówki, jak do niej mówię. Kupiłem kefir, piwko i nożyki do golenia. Jak już zobaczyłem to trzeba kupić, bo potem może być bryndza. Zacząłem rozbijać się. Wstrętne muchy latały. Właziły do uszu, nosa, oczu. Mam nadzieję, że aż tak nie śmierdzę.
Na parking zaczęły przyjeżdżać auta. Ludzie szli do pałacyku. Może jakiś koncert albo, co? Ale nic nie słyszę. Chyba, że zbiorowy sex. A mnie tam nie ma:)
Jest 20.44. Dobrze, że się tu rozbiłem. Parę chwil, no może godzinę po rozbiciu zaczęło padać. Jakieś piętnaście minut. Teraz spokój, chociaż tam gdzieś latają takie czarne chmury. Wieczorem i w nocy może być ulewa. Zobaczymy. Teraz papierosek i piwko.
Jutro pobudka o 6.00. I w drogę na wybrzeże wapienne.
Jadąc z głazu tankowałem na stacji gdzie mama faceta, który sprzedawał, mieszkała na Białorusi. W 1940 roku wyjechali tutaj. Mówił, że chodziła do polskiej szkoły i ma nawet dyplom. Myślę, że jakieś świadectwo. Mówił trochę po polski: Jeszcze Polska nie zginęła:) Mama. Jak już tu żyli. Kupowała polskie gazety i go uczyła trochę mówić po polsku. Nie spytałem, jakie miała nazwisko. Jakie to dzieje człowiek odkrywa?
21.00. Zrobiło się chłodno. Wiatr chmury na szczęści przegania, jak patrzyłem. Wziąłem długie spodnie i ręcznik pod głowę. Zaraz chyba pójdę spać, żeby wstać dobrze rano.
Środa 25.08.2010.
Jestem w namiocie. Tylko, że nie swoim:) Taki trochę większy. Coś jak turystyczny. A jak się tu znalazłem?
Rano spod sklepy wyjechałem około 7.30. Kierunek Rakvere. Po przyjeździe znalazłem jakiś stary kościół. Widać było jakby nieużywany. W sklepie mięsnym poprosiłem o WC. Od razu lepiej. Potem znalazłem zamek i byka, o którym mówił major. Byk pomnik. Były tam wypisane nazwiska ludzi. Pewnie zginęli. Tylko nie wiem za jakich czasów. Zamek otwierali dopiero o 11.00. A była 9.00. Nie ma, co czekać. Trochę fotek. Przy byku też. Postanowiłem teraz odszukać wybrzeże.
Dotarłem na wapienne wybrzeże. Mały kawałek udostępniony. Schody metalowe, po których się schodziło, były przyozdobione kłódkami. Kłódki były z napisanymi imionami osób odwiedzających to miejsce. I zapięte, na czym się dało. Fajnie to wyglądało. Chociaż trochę dziwnie. Zjadłem w pobliskim barze coś tam i wypiłem kakao. Była jakaś grupa, jehowych. Zaczepili barmankę i robili z nią zdjęcia. I się na jakimś niby plakacie podpisywali. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia im. Wyglądali jak przygłupy. W mundurkach dziewczyny a kolesie pod krawatem. Co za typy. Okulary mieli nawet jednakowe. Dobrze, że mnie nie zaczepili. Chyba widzieli moją minę. Powiedziałbym im do słuchu.
Pojechałem do Lahve. Tam znalazłem stary kościół. Pogadałem z babcią. Były organy, ale grają tylko w soboty i niedziele.
No i do następnego punktu zwiedzania. Narva. Zamek.
Jechałem spory kawałek. Trochę padało. Jak zrywał się wiatr z dużym deszcze uciekałem pod jakieś daszki. Daszki były najczęściej na stacjach. A raz wpadłem do salonu Volkswagena. Mam fotki z cenami aut. Porównam w domu z naszymi.
No i dotarłem na zamek. Duże bydle. Kupiłem bilet i polazłem.
Najlepszy numer zrobiłem w tym miejscu. Patrzę jakiś szlaban. Dalej kolejka ludzi. Pewnie po bilety. Auta wjeżdżają. Myślę, że to do tego zamku. Taki reżim? Stoi budka a w niej koleś. Pytam się czy ta kolejka po bilety a on, jaki mam motor. Mówie 50 centymetrów. No dobra. I tu się kapnąłem:) Przejście graniczne. Do ruskich:) Koleś pyta czy chcę wjechać do Rosji. Ja mu, że wystarczy mi zamek:) I wszystko jasne. Wytłumaczył, że mogę tam a tam. Nawet gdzie tylko ludzie chodzą. I tym sposobem nie przekroczyłem granicy. Może szkoda? Byłbym u ruskich nawet:)
Zamek spory. Różne rzeczy. Zbieranina wszystkiego. Rycerze, stare przedmioty jakiś ziemian. Na głównym dziedzińcu zamku małe warsztaty. W jednym babka robiła hafty metodą przeplatania. Ładne i trzeba się napracować. Tłumaczyła pokazując jeden wzór. Pięć centymetrów wzoru w osiem godzin. Niesamowite. Zostawiłem namiar swój. W drugim warsztacie były zioła, nalewki i inne stare przepisy. Jak kupowałem bilet dostałem monetę, podrubę z jakiegoś tam wieku. Można było ją wymienić na coś z tych warsztatów. W „aptece” zamieniłem na nalewkę. Zapomniałem jak się nazywa. Dziwny smak. Ale jak wypiłem naparstek to od razu poczułem. Mocne draństwo, ale podobno lecznicze.
Była 18.00. Postanowiłem trochę wyprzedzić swój plan i pojechałem z powrotem tą sama droga do Lahve. Stamtąd miałem jechać do Tartu. Na stacji koleś powiedział, że można już wcześniej skręcić nie dojeżdżając do miasta. I tak zrobiłem. Spojrzałem też czy coś miałem zwiedzić przed Tartu. Okazało się, że tak. Zapomniałem o tym zupełnie. Miał to być klasztor żeński.
No to zmiana planu. Do klasztoru. Ale już była 20.00. Ciemno się zaraz zrobi i kaplica. Jadę i patrzę, że jest dom z ogrodem. Stara śpiewka:) Przyjęto mnie.
Dostałem do tego namiotu nawet łóżko polowe.
Potem zawołał mnie facet. Była żona, wnuczka się kręciła. Poczęstowali mnie herbatą, chlebem i schabowym z kury. Rozmawialiśmy jak to jest w Polsce i tu. Porównywaliśmy ceny. Wychodzi, że tak samo. Hodują krowy. Robią z mleka masło, twaróg i sprzedają. Babka powiedziała, że jak wstanę to mi zrobi śniadanie. Już się kładli. Pewnie od rana pełno pracy mają. Podziękowałem i do namiotu. Jest trochę chłodniej niż w moim. Większa powierzchnia i na dole ma szpary, bo jest bez podłogi. Ale dam radę. Najwyżej wciągnę ciuchy motocyklowe na łeb. Jeszcze tylko chciałbym gdzieś zrobić siusiu. W sumie to nie lubię spać na takim łóżku, bo się człowiek zapada i nie jest po prostu płasko. Na moje żebra to i tak będzie dobrze, bo mogę spać jedynie na prawym boku. Już zresztą pisałem o tym. Podejrzewam złamanie albo bardzo mocne zbicie. Kichać nie mogę, bo wtedy umieram. To też pisałem:)
Nie mam piwa na dobranoc! Szkoda. Przyzwyczaiłem się do Saku:)
Ale ciemno jak zgasiłem czołówkę.
Czwartek 26.08.2010
W nocy padał deszcz. Cholera, było też zimno. Cały schowałem się w śpiwór. Ale spoko. Obudziłem się o 6.00. Potem o 7.00. Nie chciało mi się wstawać. Ale trzeba. Wylazłem. Akurat jak paliłem fajeczkę przyszedł gospodarz i wziął mnie do domu. Gospodyni zrobiła herbatkę. Dwie grzanki z masłem i parówki. Chyba takie same jak kupiłem w Maximie. Wrąbałem. Zacząłem się pakować. Pogoda słaba. Pochmurno. Pożegnałem się. Zostawiłem namiar, żeby dzieci czy też wnukowie napisali. Oni nie za bardzo obeznani z internetem.
Pojechałem do żeńskiego klasztoru. Niedaleko już było. Na miejscu chyba przed 9.00 byłem. Trochę zdjęć. Aparat zaparował. Jakoś tak od środka. Nie wiem jak wyjdą fotki. Te ze środka cerkwi. Oczywiście spytałem się czy można robić zdjęcia. Jakaś babka klasztorna zgodziła się. Już wcześniej, w którejś cerkwi nie pozwolili ikon fotografować. Spytała się skąd jestem i dlaczego tu przyjechałem. Musiałem trochę makaronu na uszy wrzucić. Że ja niewierzący, ale coś mnie ciągnie. A ta jak zaczęła mądrować się, że jak umrę to do piachu i koniec. Nie będę w niebie. Muszę się zastanowić nad swoim życiem i coś tam jeszcze. Dobrze, że nie rozumiałem wszystkiego:) A dlaczego cerkiew a nie katolicki kościół? Skłamałem od razu, że babcia była prawosławna. Babcia pewnie wybaczyłaby mi:) No u Was jest prawosławna pewnie cerkiew. Więc idź i myśl. Dobrze, dobrze. Jak tylko fotki strzelę to pomyślę. Pa pa.
Potem do Tartu. Byłem około 13.00. Znalazłem duży sklep. Tak zwany „oszołom”. Tam mi zrzucili zdjęcia z aparatu na płytkę. Nie mogli nagrać na moją, bo coś tam. Pewnie coś z majorem narozrabialiśmy na płytce, nagrywając w aucie. Polazłem zwiedzać miasto. I znowu by trzeba było, co najmniej jeden dzień albo dwa, żeby wszystko zobaczyć. Coś tam popstrykałem. Znalazłem małe muzeum pokazujące jak kiedyś żyli ludzie. To znaczy jak wyglądało mieszkanie w Tartu. Cztery pokoje w tym kuchnia. Był też jakiś wielki kościół, ale już miałem dość kościołów i nie poszedłem. Wyczytałem, że jest wzgórze, na którym jest kilka ciekawych obiektów. Było blisko. Ruiny, na które można było za 25 koron wleźć. Na samej górze zrobione tarasy. Panorama na całe miasto, ale mało było widać, bo pełno drzew. Zresztą nie chciałem przeszkadzać parze, która znalazła tu swoje zaciszne miejsce. Wcześniej jeszcze trafiłem na muzeum zabawek, ale w końcu nie poszedłem obejrzeć. Na wzgórzu jeszcze się kręciłem. Mała altana gdzie przychodzą młode pary zaraz po ślubie i wpinają kłódkę na znak nierozłącznej miłości. Tak pisali w przewodniku. Tu mają jakąś manię, jeżeli chodzi o kłódki. Na wybrzeżu też były. Co kraj to obyczaj.
Na głównym rynku usiadłem pod parasolami. Chodziłem z całym strojem. Nie miałem gdzie zostawić a w foto nie chcieli przypilnować. Tak, więc dla ochłody zamówiłem Saku.
Była 18.00 jak wyjechałem z miasta. Trzeba było szukać na peryferiach noclegu. Pojechałem do ostatniego punktu mojej wyprawy. Ostatniego w Estonii. Nad jeziora. Cały rejon z jeziorami. Po drodze pogoda zmieniała się ciągle. Jak nie deszcz to słońce. Musiałem zakładać nakładki na okulary, bo po prostu nic nie widziałem. Na miejscu byłem późno. Podchodziła 20.00. Zauważyłem jeszcze Maxima gdzie zrobiłem zakupy. Bo już wszystko zjadłem. Ostatnie parówki po drodze do Tartu. Koło drogi.
Koło Maxima spytałem się gdzie można rozbić namiot. Żeby było koło jeziora. Coś mi tam dziadek wyjaśnił.
Pierwszy niby motel zamknięty. Tylko telefon na drzwiach. Już zadzwoniłem. Dalej znalazłem SPA. Co mi właśnie tłumaczył pan koło sklepu, ale tam nie raczej. Jakaś babka biegała z synem i wytłumaczyła, że dalej coś jest. Znalazłem znaczek namiotu i przejechałem kawałek w lesie. Są tu jakieś zabudowania. Dalej też widać domy. Normalnie żyją tylko zarabiają na przyjezdnych. Cała chata. Na dole pokoje większe. 150 koron chciał, a na poddaszu mniejsze za 100 koron. Wziąłem ten za 100. Jest łazienka. Lepiej niż na campingu i do tego taniej. Koło jeziora. Spokój, cisza. Ładne miejsce. Mam tarasik gdzie zjadłem kolację. Zarąbiście. Jutro umyję się. Dzisiaj już nie mam siły. Są tu jeszcze dwaj Rosjanie. Pracują przy peronach kolejowych. Tak zrozumiałem. Trochę pogadaliśmy.
Coś mi się wydaje, że będę wcześniej w domu niż planowałem. No i dobrze. Teraz tak pomyślałem, żeby dobrze zaplanować powrót przez Polskę. Z samego rana, skoro świt trzeba ruszyć, żeby noc mnie nie zastała. To będzie Polska. Nie da rady przenocować w ogrodzie.
Jutro może przekroczę granicę. Czyli to ostatnia noc w Estonii. Dlatego tak zaszalałem z tym noclegiem:) Jeszcze jutro zobaczę, co chciałem na Łotwie zobaczyć. Coś tam jeszcze miałem w planach. A dzisiaj rozkoszuję się ostatnim Saku estońskim. Saku Original.
W pokoiku jest grzejnik elektryczny. Włączyłem go. Robi się ciepło i miło. Na dworze świeci księżyc, ale widać chmury. Zobaczymy jak będzie jutro. Chcę jeszcze napisać, że od Tallina to już nie jest tak ciekawie. Zachodnia Estonia, szczególnie wyspy, jest bardzo fajna. Te wszystkie miejscowości, które mijam, i w których byłem są przystosowane pod turystów. Tak mi się wydaje. Czuje się klimat. Wszyscy chodzą na luzie. Dużo właśnie turystów. Jest inaczej niż na wschodzie.
Już trochę chce mi się do domu. Pewnie jestem zmęczony. Odwaliłem kawał dobrej roboty. Sporo zobaczyłem i zwiedziłem.
Bzyczek jakby, dzisiaj zauważyłem, też się zmęczył. Pod górkę słabiej ciągnie. Chociaż muszę powiedzieć, że mieliśmy cały czas wiatr w oczy. Ciężko było jechać. Sprawuje się super. Nie zawiódł mnie. Ja też dbam i nie piłuję go. Jeszcze tylko troszkę nam zostało i będziemy w domku. I pomyśleć, że taki kawał świata przejechaliśmy. Aż się nie chce wierzyć:)
Piątek 27.08.2010
18.31. Znowu rozbiłem się u kogoś w ogrodzie. I dobrze zrobiłem. Nawet bardzo dobrze. Namiot jak wyjmowałem był cały mokry a teraz suchutki. Świeci słoneczko i wszystko wyschło.
Jechałem już do Rakvere. Zostało mi około 40 kilometrów do miasta. Ale jak przyjechałem było późno. Nic nie zobaczyłbym. Jeżeli jest tam coś do oglądania. A tak sobie leżę popijając piwko. Już nie Saku. W sklepie facet polecił mi Ozaras. Browar chyba Ventspils. Mówił, że to takie regionalne a nie jakieś z niemieckiego browaru. 0,88 łata. Drogie, ale raz można sobie pozwolić. Dzisiaj pobiłem rekord w jeździe. Przynajmniej pobiłem jazdy, które odbywałem ostatnio. Zrobiłem pewnie przeszło 200 km. Szkoda, że nie spojrzałem na licznik. Po powrocie obliczę ile kilometrów zrobiłem.
Po drodze nie było nic ciekawego. Jadąc mijałem, co jakiś czas zabudowania. Już nie takie ładne jak w Estonii. Zwykłe szare. Bez klimatu. Oprócz domów to tylko otaczał mnie las z mokradłami. Od czasu do czasu rzeczka lub jezioro. Drogi nie były takie złe, ale gorsze niż w Estonii. O kierowcach mogę powiedzieć, że są inni:) Jest różnica. Jeżdżą jak wariaci. Wiadomo, nie wszyscy, ale po prostu mniej ostrożnie i nie zważają na znaki a tym bardziej na mnie. Wyjeżdżałem z jakiegoś miasta. Były roboty drogowe. Nawet światła regulujące ruch na jednym pasie. Pas był kamienisty a drugi to piach. Jechałem po kamieniach. Starałem się nie blokować, więc w miarę szybko. Widać nie za szybko, bo zaczęli mnie wyprzedzać z każdej strony. Gaz do dechy i zasuwali. Nawet ciężarówka. Tylko aż zahuczało. Chciałem wjechać na ten piach i o mało nie poleciałem. Byłem już przygotowany, że przednie koło może mi zablokować i trzymałem mocno kierownicę. Ale było ciężko.
Miasta, które odwiedzałem teraz a raczej, przez które przejeżdżałem nie miały żadnego uroku. Mówię o wschodzie. Przystawałem na 20 minut, żeby jakąś fotkę zrobić. Nie było nic interesującego. Raz tylko spotkałem babkę. Okazało się, że chce nauczyć się języka polskiego i coś tam już się szkoli. Dałem jej mój adres internetowy. Może napisze jak dzieci będą, bo ona słabo z komputerem. Zobaczymy. Zapraszała mnie do siebie, ale podziękowałem. Chciałem jechać dalej. Może mogłem pójść do niej? Ciekawe, co by się wydarzyło?
A tak teraz siedzę tu. Przynajmniej mam suchy namiot. Żeby tylko nie padało. Bo będzie apiać znowu.
Po drodze na stacjach kupowałem kakao i hotdogi.
Przed wyjazdem z motelu wziąłem prysznic. Super. Trochę mi już brakowało tego. Można, bez ale jak jest taka możliwość, czemu nie. Nawet zrobiłem sobie paznokcie u rąk:) To znaczy obciąłem te czarne końcówki:)
Nie wiem czy pisałem, ale chyba tak. Zgubiłem prawy kolczyk. Gdzieś, nawet nie wiem gdzie. Pewnie przy zdejmowaniu kasku odczepiłem zatyczkę a reszta wypadła. Jadę bez. Źle się czuje. Jak nie mam nic w uszach czuję się zwykłym Kowalskim:)
Dzisiaj skuterek też mi trochę przerywał, ale to wina tego, że go mocno przygazowałem przed duża górą, pod która wjeżdżaliśmy. Potem już przestał i jest dobrze. Jechałem cały czas 60 km/h. Bez pośpiechu. Wiedząc, że i tak dużo nabiję kilometrów. Żeby nie zmęczyć bzyka. Musiałem się przestawić na inną walutę. Trzeba znowu uważać. Małe ceny, ale drogo. Taki przelicznik. Na kamerce nagrałem się. Mówiąc o przejściu granicznym w Valka. Było to po prostu takie jak na przejściach. Zadaszenie i mały budyneczek. A wszystko na ulicy. Gdyby niepozostawione napisy i flagi to nikt by nie zauważył, że jest już w innym państwie. Niesamowite.
Tak pomyślałem wtedy, że już wkrótce różnice będą polegały na odrębnych językach. Waluta ta sama. Euro. A języki to tylko starsi ludzie, bo młodzież zna angielski. Nie wiem czy będzie to dobre czy złe. Na pewno zostanie sentyment do starych czasów. Jak w każdym innym przypadku dotyczącym czegoś, co przemija lub przeminęło.
Facet taki, co był w motelu. Chyba tam pracował. Nie wiem dokładnie. Wczoraj jak przyjechałem czyścił stare drewniane koła od wozu. Będą na balustrady. Mówił, że urodził się tu, ale przez dziesięć lat mieszkał na Saaremaa. Ma tam dom. Ktoś tam teraz mieszka. Ach, żeby tak kupić taki dom i mieć gdzie przyjeżdżać. Fajnie byłoby. Ale znowu człowiek jest uwiązany. Lepiej jeździć i zwiedzać. Najlepiej jak Niemcy. Taki jeżdżący camping na kółkach. Dobra rzecz.
Wziąłem od babki popielniczkę. Żeby nie wywalać petów na podwórko. Myślałem, że spodoba się jej to i mnie czymś poczęstuje. Ale to nie ten typ. Trochę więcej mają szmalu widać.
Nawet dobre piwo. Lepsze od Saku. Saku to takie trochę siuśki były.
Zastanawiam się nad Wilnem. Jutro tylko Aglona. Nie jechać do Vabole i po Łotwie tylko z Daugavpils do Zarasai. To już na Litwie. I tam już droga do Wilna. A z Wilna do Druskiennik. I do domu. I tak zrobię. Tą Aglonę też mogę pominąć. Sanktuarium katolickie nie jest dla mnie tak ważne jak Wilno.
Jest dopiero piątek. Jutro sobota. Mam cały tydzień, żeby zdążyć do domu. A raczej do pracy.
Sobota 28.08.2010.
18.45. Ale dobrze trafiłem. Właśnie jestem napity i najedzony. Herbatka. Do tego czarny chleb z kiełbaską dobrą. A wieczorem będą bliny. Jak w domu:) Tak jak pisałem wczoraj. Zmieniłem trochę trasę. Pojechałem na Wilno. W tej chwili mam jakieś 30 kilometrów do Wilna. Wczorajszy nocleg był przed Rezekne na Łotwie. Dzisiaj znowu kawał przejechałem. Przez Rezekne, Daugavpils do Zarasai. Zarasai to już Litwa. Granicy nie było. To znaczy nie było budynków. Nic. Tylko znak Unii i, że to Litwa. Na drodze przed Zarasai. Po drodze kilka fotek zrobiłem. Nie chciało mi się nawet zsiadać z bzyka. Przez cały czas, na Łotwie, padał deszcz. Nie duży, ale padał. Podczas jazdy, w miarę suszyło się ubranie. Był tylko zimny wiatr. Więc wciągnąłem drugie skarpety. Podkolanówki. Polar w gacie a rękawiczki na rękawy zapiąłem. Żeby nie dmuchało do środka. I heja.
Rano obudziłem się o 7.00. Ale zanim spakowałem się to była 8.30. Nikogo nie było albo babka nie chciała otworzyć. Coś tak podejrzewam:) Zostawiłem na schodach popielniczkę i śmieci w woreczku. Niech ma:)
Miasta, do których wjeżdżałem nie przedstawiały się okazale. Takie jakieś bezpłciowe. Jedynym ładnym było Daugavpils. Chociaż jechałem bokiem to widziałem rzekę z mostami. Przejeżdżałem jednym z nich. Na ładność wskazywały stare budynki. Myślę, że centrum mogło być ciekawe. Poszukam w internecie jakieś fotki.
Po drodze oczywiście przystanki na fajeczkę i coś jeszcze. Na stacjach gorąca tym razem kawa i poczciwa czekolada. Jakieś bułeczki ze skwarkami. Jeszcze zostały trzy lub cztery. Po tych napojach zachciało mi się do ubikacji. W Zarasai wlazłem do sklepu. Taki większy z koszykami. To niestety młoda dziewczyna powiedziała, że nie można. Potem znalazłem stację z ubikacją. Ale do stacji psioczyłem na Litwinow. Na Łotyszy też. Ale to ze względu na nieciekawe miejsca, które widziałem po drodze.
Z Zarasai poleciałem na Utena. Potem przez……Nie wiem, przez co bo zauważyłem kierunkowskaz na Wilno. No to pojechałem. Teraz patrzę na mapę. Jechałem drogą 111.
Jadąc i patrząc na miejscowości, próbowałem przetłumaczyć na język polski ich nazwy. Przyznam, że niektóre to naprawdę brzmiały po polsku. Były czysto polskie. Ech.
Na Litwie przestało padać. Drogi poprawiły się. Chociaż znowu napotkałem roboty drogowe. Były światła a i tak jechali, więc ja za nimi. Wytrzęsło nas jak diabli. Skuterek umazany po same uszy. Śmiałem się w duchu, że przydałby się deszcz. Umyłby się trochę.
Jak wjechałem na Litwę to okazało się, że dużo litów to ja nie mam. Jeszcze na ostatniej stacji łotewskiej zatankowałem do pełna.
Jadąc cały czas 60 km/h udało się tylko raz zatankować. I zresztą miałem cały dzień na dojazd do Wilna.
Skuterek w dużej stodole stoi. Ja mam namiot pod drzewem. Jest gospodyni, syn i teraz chyba mąż przyjechał. Przywiózł pnie drzew na przyczepce. Ciągnął to śmieszny traktor. Bez obudowy. Jakby samoróbka.
Nawet mogę iść do sadu na jabłka. Ale nie będę taki. Jestem zresztą pełny po kanapkach.
Wszystko zależy od ludzi. Na całym świecie tak jest.
Gospodyni rodzice to Polacy. Byli wywiezieni do Rosji. Ona gdzieś tam się urodziła. Albo męża rodzice. Nie ważne. Są korzenie polskie:)
Nie mam piwa. Trochę mi go brakuje. Napiłbym się na spokojnie teraz.
Jakiś kot obsikał namiot. To drań. Jestem ciekawy czy będzie śmierdziało?
To chyba jednak jej męża rodzice to byli Polakami. Facet mówi po polsku tylko z akcentem. Rozmawialiśmy.
Chciałem spać w spodniach motocyklowych, ale jednak poci się noga i poszedłem przebrać się. Teraz jest dobrze. Jutro Wilno i do domu. W środę powinienem być już na mecie. Fajnie, że wpadłem na pomysł z tym Wilnem. Będzie to dobre zakończenie. Taka kwintesencja. No może przesadzam, ale będzie fajnie. Jest 20.00.
Niedziela 29.08.2010.
A cały czas myślałem, że dzisiaj jest poniedziałek. Niech będzie niedziela. Wstałem dosyć późno. O 7.30. Była duża mgła. Nie chciało mi się wstawać a i tak pomyślałem, że w tej mgle lepiej nie jechać. Jeszcze jakiś wariat wjedzie mi w tyłek. Zacząłem się pakować póki namiot suchy. Tylko jeszcze musiałem po kocie wytrzeć. To gnojek. Jest ślad.
Przyszedł gospodarz i zaprosił mnie na zupę. Na buraczkową. Najadłem się. Jeszcze było mięso, ale już nie mogłem. Chcieli mi na drogę jabłka dać. Ale gdzie ja je wsadzę? Podziękowałem. Pomału zwinąłem majdan. Wymieniliśmy się adresami. Mieszkali w Wilnie. Tu tylko doglądają gospodarstwa babci. Babcia ma coś z sercem i jest chyba u siostry. Nie wiem tylko czyjej.
Wyjechałem o 9.30. Do Wilna tylko 25 kilometrów. Byłem około 12.00 Myślę, że nawet ciut szybciej. Jadę sześćdziesiątką. Na spokojnie. Wjechałem do centrum. Poszukałem miejsca dla bzyka. Znalazłem dom. Za domem podwórko. Postawiłem na chodniku pod balkonem. Gdyby miało padać. I poszedłem w teren.
Wcześniej pan z panią wytłumaczyli jak dojść do Ostrej Bramy. Miałem bliziutko. Później okazało się, że mogłem jeszcze bliżej podjechać. Bez sensu. Miałem elegancki parking. Po drodze znalazłem punkt informacyjny dla turystów. Wziąłem mapkę z punktami do zwiedzania. Wszystko ładnie pokazane. Wcześniej w Estonii i chyba na Łotwie załatwiałem takie mapki z najważniejszymi obiektami miasta.
Odszukałem Ostra Bramę. W środku pełno ludzi. Jedni robią zdjęcia. Inni modlą się a jeszcze inni siedzą i dumają. Nawet przyszła para z dzidziusiem, żeby zrobić mu fotki. Miejsce uduchowione. Nakręciłem mamie filmik, żeby zobaczyła.
Obok była msza w kościele. Potem zobaczę, jaki to kościół. Przylegał do wejścia do Ostrej Bramy. Coś tam odprawiali po litewsku. Po wyjściu zadzwoniłem do mamy. Miała to być niespodzianka, ale nie wytrzymałem. Mama przypomniała mi, że obok jest kościół św.Elżbiety. Chyba ten. Poszedłem tam. Znowu trafiłem na modły. To była raczej cerkiew, bo w tym stylu była odprawiana prawdopodobnie msza. Trochę nakręciłem, ale jeden facet pokazał, że nie wolno. No dobra. Niech mu będzie, Chociaż sam wiem, że w cerkwiach przestrzegają tego, żeby nie robić zdjęć.
Poszedłem pytając się ludzi do katedry św.Piotra i Pawła. Pamiętam jak jeszcze byłem z rodzicami i majaczą mi się przed oczami kolumny wysokie. Dotarłem. Tam też coś śpiewali. I była msza. Pewnie, dlatego, że jest niedziela. Pokręciłem się trochę. Z daleka było widać wieżę zamku Gedymina. No to tam poszedłem. Wejście 5 litów a mało było do oglądania, ale za to widok z góry był ładny.
Już miałem dosyć chodzenia. Jak jechałem i na początku zwiedzania padał deszcz. Teraz zrobiła się pogoda i zacząłem się pocić w moim czołgowym ubiorze. Jeszcze dwie pary skarpetek do jazdy.
Łaziłem po uliczkach i pstrykałem fotki.
Dotarłem za Ostrą Bramę do sklepu i jest tam też hala targowa a obok Maxim. Wszechobecny jak widzę. Zakupiłem w nim….No, no. Wiadomo. Piwko. Dwa kroki od hali była ławeczka pod drzewami. Zrobiłem tam odpoczynek. Gołąbki sobie chodziły a ja popijałem piwko.
Potem jeszcze połaziłem po zapomnianych przez turystów uliczkach.
Dotarłem do bzyka. Była 15.00. Obrałem kierunek na Troki. Skoro już tu jestem to można jeszcze i do Trok wskoczyć. Było chyba z 16 kilometrów tylko.
Jak dojechałem nie było gdzie zaparkować. Babcie stoją pod swoimi domami i machają ręką, żeby wjechać na podwórko. No i taka jedna mi macha. Myślę. O jaka gościnna. Ale na drzewie zauważyłem kartkę. 5 litów. Mówię, że taki mały to przed gankiem i tyle. No to 3 lity. No to do widzenia. Zaraz za kilkoma domami znalazłem plac bez żadnego lita. Po drugiej stronie był parking gdzie facet też zbierał opłaty. Uśmiechnąłem się do niego i skręciłem w drugą stronę:)
Skuterek zaparkowany. Na wyspę. Pełno turystów. Polacy, Niemcy, Japończycy. Wejście 12 litów. Połaziłem po komnatach. Muszę przyznać, że mieli fajne eksponaty. Niesamowita fajki. Kunsztowna robota. Z różnego materiału. Od drewna po kość. Obszedłem na koniec wokół zamku i do skuterka. Przed wejściem na zamek rozpadał się deszcz, ale to tylko była przelotna chmura. Uciekłem pod drzewo.
Wklepałem do nawigacji Sejny i w drogę. Było już późno. 18.30. Dosyć późny czas na jazdę. W dodatku z małą ilością paliwa. Przed wyjazdem z Trok widziałem stację. Nie zatankowałem. Ale później wskazówka szybko opadała i zacząłem myśleć tylko o paliwie. Po drodze lepiej się zapiąłem i dalej. Na szczęście tuż przy drodze była benzyna. Za ostatnie lity a miałem ich dwadzieścia kupiłem benzynę. Mam jeszcze jakieś drobniaki. Nawet nie wiem ile. Teraz to już mi starczy do Polski. Jeszcze mam cały nienaruszony zapas. Na czarną godzinę.
No i tak jadę. Patrzę jest 20.00. Trzeba wiać na nocleg. Najpierw pomyślałem, że będę jechał w nocy, ale z tymi światłami lepiej nie.
Zajechałem do biednej chałupy. Ale tam mówią, że nie da rady, bo wszystko mokre. Faktycznie jak wjeżdżałem była woda. I to nawet sporo. Jakiś zalany teren. Więc jadę dalej. Widzę coś bardziej kulturalnego. Zajeżdżam. Pytam faceta. On, że musi spytać żonę. Już miałem upatrzone miejsce. Przychodzi i mówi, że nie. No to nie. Trudno. Znowu pomyślałem nie najlepiej o Litwinach. Dalej jadę. Dom i coś tam jeszcze. Zajeżdżam. Wyszedł facet. No i zgodził się. Rozbiłem się pod jabłonkami. Nie daleko szosa. Słychać jak jeżdżą auta. Młody pies biega i się bawi ze mną. Potem na spółkę zjedliśmy ostatnie moje bułki. Nie chciał odejść, bo jeszcze chciał. I z tego przegryzł mi sznurek od naciągu tropiku. Słyszę, że coś mlaska. To ten bokser. Zrobiłem supełek i naciągnąłem od nowa. Raz kot. Teraz pies. Namiot przeżywa chwile grozy.
Zaczęło trochę padać. Teraz przestało. Zobaczymy jak będzie. Był jeszcze facet. Odgarnął opadnięte jabłka i pytał się czy pomóc. Dam radę. Ja priwykł:) Niestety tym razem nie będzie smacznej kolacji. Zjadłem trzy suche bułki, trzy bułki z tym mięsem w środku. Mam kilka łyków wody i parę ciastek. Cienko, ale do domu blisko. Do Sejn jakieś 120 kilometrów. Jak wjadę do Polski to mam kasę i mogę sobie coś fundnąć dobrego.
Jest 21.34. Wczoraj przed snem ubrałem kurtkę. Było elegancko. Dzisiaj tak samo zrobię. Przydaje się czołówka, którą Paweł mi pożyczył. Wieczorami mogę pisać i wszystko znaleźć w namiocie. Bez światła słabo byłoby.
Gdybym wiedział, że będę do przodu o te kilka dni. Mógłbym gdzieś dłużej zatrzymać się albo coś jeszcze zobaczyć. Szkoda. Z drugiej strony jestem już trochę zmęczony. Najgorzej jak mam chodzić i oglądać. Nie chce mi się po prostu.
Dobra. Idę spać. Opatulę się i lulu. To już będzie chyba ostatnie składanie namiotu. Słyszę jak jabłka spadają z drzew no i przejeżdżające auta po drodze:)
Poniedziałek 31.08.201o
Godzina 10.07. Siedem minut temu wstałem. Usiadłem na łóżku. Jestem w domu. W sypialni. Zacząłem się zastanawiać czy miałem tak piękny sen czy rzeczywiście byłem w tylu miejscach. Poszedłem do pokoju. Leżą porozrzucane rzeczy. Na stole widokówki i reklamówki z punktów informacyjnych. Tak. Jednak byłem. To wydarzyło się. Teraz pewnie już bym gdzieś jechał na skuterze. Ale to już dom. Jeszcze mam wolnych kilka dni. Piszę jeszcze w kalendarzu. Z przyzwyczajenia. Tak lepiej myśli zbieram:)
Co było wczoraj?
Wczoraj obudziłem się pod jabłonkami około 7.00. Zacząłem składać namiot. Była okropna mgła. Jak już pakowałem rzeczy na skuter przyszedł facet i spytał czy nie chcę herbaty? Pewnie, że chcę. W nocy było zimno. Spałem w kurtce. Obudziłem się nawet o 2.00. I pomyślałem, że coś jest za chłodno. Dalej w kimę. Oczy otworzyłem o 6.00. Zimno nadal. Wyciągnąłem palnik i gaz z plecaka. Włączyłem. Po jakimś czasie zaczęło robić się milej. Gaz miał być do gotowania a posłużył do grzania się. Leżałem i drzemałem.
Poszedłem z gościem na podwórko gdzie był stół. Żona już postawiła kubek z herbatą. Siedzieliśmy i opowiadałem im jak to jadę bzykając a inne auta wyprzedzają mnie. Herbata była gorąca. Czyli dobra:)
Do widzenia, dziękuje i pojechałem.
Miałem dzisiaj dojechać do Sejn a potem zobaczę, co dalej? Jechałem jak na możliwości bzyka bardzo szybko. 65-70 km/h. Po drodze nic ciekawego. Pogoda w miarę. Nie padało. Tylko zimny wiatr.
Dotarłem do granicy. Kilka fotek. W Sejnach byłem o 12.00. Coś w tym stylu. A wyjechałem o 9.15. Zatankowałem na pierwszej polskiej stacji. Wyciągałem polskie pieniądze, które miałem najgłębiej schowane. Jakaś kawa. Zostawiłem namiar mówiąc o mojej podróży.
W Polsce jechałem taką trasą, że lepiej nie mówić. Miała być najszybsza. Takimi wiochami jechałem, że nawet Łotwa i jej dierewnie były super wioskami w porównaniu z naszymi. Zapomniane przez świat małe mieściny. Dzieci bawiące się na przystankach autobusowych. Psy siedzące na ulicy i z nudów gryzące swój ogon.
Na normalna trasę wpadłem 50 kilometrów od Elbląga. Już tylko prosta ładna droga. Prosta była, ale deszczowa. Przed Elblągiem urwanie chmury. Na szczęście tylko kawałek. Szybko przejechałem. Zdążyłem wyschnąć i znowu przed Nowym Dworem Gdańskim zmoczyło mnie. Potem spokój. Jeszcze trochę przed samym Gdańskiem.
Robiłem przystanki. Poczułem cztery litery i kolana. Chyba zrobiłem sporo kilometrów, bo jak zsiadłem ze skutera, na jakimś przystanku, to za bardzo nie mogłem ustać. Nogi się łamały.
Tuż sprzed rafinerią dolałem jeszcze olej i mój kanister opróżniłem, bo już miałem rezerwę. W końcu go wykorzystałem.
Nie chciałem dzwonić do domu, żeby była niespodzianka. W końcu podjechałem pod dom. Była 19.00. Zadzwoniłem. Ale się zdziwili. Miałem być w środę. Pisałem tak. A tu raptem w poniedziałek:) No dobra. Od razu żona mi dała dwa telefony swoje, bo coś jeden nie działał a z drugiego konsultant mówił, co wciskać w tym niedziałającym. Nic nie wychodziło.
Czyli jestem na miejscu. Po prostu inne sprawy. Inne życie. Bzyk na parking. Popatrzyłem na biedaka, jaki jest brudny i poobijany przez te dwie gleby. Wyglądał jak prawdziwy pogromca szos:) Ja też i do tego tak się czułem.
Byłem zmęczony. W domu sprawdziłem ile zrobiłem dzisiaj. Wyszło, że do Sejn z miejsca gdzie nocowałem było 144,8 km. A dalej 391,1 km. Czyli….Trzeba policzyć. I tyle zrobiłem jednym rzutem. Od 9.30 litewskiego czasu do 19.00 naszego czasu. Myślę, że jest to dobry wynik. Jestem ciekawy czy ktoś mi uwierzy:)
W domu kilka opowieści. Pokazywanie pocztówek, zdjęć. Telefon do mamy, że jestem.
Sprawdziłem pocztę. Tatiana i Jacek przysłali zdjęcie. Ale wyszedłem, niech to gwint. Jakiś cień mam na twarzy. Wyglądam jakbym miesiąc pił albo dostał od kogoś. Napisali fajny komentarz na blogu. Dzisiaj jak się ogarnę zacznę wklepywać moje gryzmoły na blog. Zdjęcia trzeba przejrzeć. Wszystko poukładać. Do końca miesiąca muszę stworzyć jakieś opowiadanko o mojej przygodzie dla sponsorów.
Najważniejsze, że mam do końca tygodnia urlop. Trochę się zaaklimatyzuję:) A potem…..Potem znowu arbajt.
Tak. To już koniec mojej małej historyjki.
Jeszcze napiszę, że dobrze stało się, że jestem wcześniej. Prawdę powiedziawszy aura już nie dopisywała. W namiocie zimne noce. W dzień więcej deszczu niż słońca. Już za późno na tego typu eskapadę. Najlepiej gdyby był to lipiec lub sierpień. Chociaż sierpień to był:) No to czerwiec-lipiec. Już nie było takiej frajdy z jazdy. A chodzenie w mokrych ciuchach po mieście też nie należy do przyjemności. Wyszło w sam raz. Zakosztowałem upałów i chłodu. Tylko jeszcze nie jeździłem w zimie na skuterze. W zimie ze śniegiem.
Szkoda tylko tego poznawania, co przyniesie następny dzień? Wszystko się zmienia. Zależnie od pogody czy też decyzji. Od spotkanych ludzi. Co powiedzą? Co zrobią? Czy pomogą? Wszystko to przypadek. Totalny przypadek. Najlepsze były zdarzenia, które odkrywałem idąc chodnikiem. Gdzieś coś zauważyłem. Okazywało się interesujące i ciekawsze od zaplanowanych rzeczy. Ten spokój i błogostan. Jak siedziało się wieczorem na ławeczce i myślało o niebieskich migdałach. Patrzyło na wodę, na przechodzących ulicą ludzi. Człowiek był zawieszony między swoim czasem pozostawionym daleko w domu a czasem tych ludzi. Byłem obserwatorem a jednoczenie nikt mnie nie widział. Oczywiście to przenośnia:) Było super. Pewnie coś jeszcze tu dopiszę, ale to już przy komputerze.
Idę zapalić. Trochę nie mogę się odnaleźć.
COPYRIGHT © RETBIKE
CREATED BY VIKO DESIGN